Strony

poniedziałek, 8 maja 2017

Rozdział 21

Od pierwszej nocy spędzonej w Wieży Prefektów minęło parę dni, ale wydawało mi się, jakbym od dawno w niej mieszkała. Normalne były dla mnie samotne noce bez plotkowania z Dorcas czy pusty salon. James praktycznie spędzał czas w swojej sypialni lub chodził do reszty Huncwotów, więc za dużo z nim nie rozmawiałam od dnia, w którym podarował mi naszyjnik. Swoją drogą, był prześliczny. Bardzo delikatny, literka była cieniutka, ale malutkie diamenciki bogaciły biżuterię. Łańcuszek można było regulować, ale chciałam go mieć jak najkrótszy. I tak od paru dni, owa ozdoba nie opuszczała mnie ani na krok. Wzięłam sobie słowa Jamesa do serca, że gdy będę go miała cały czas na szyi, to i on będzie ze mną. Może to głupie, ale czas spędzony z Jamesem był najlepszą odskocznią od codziennego, szkolnego życia.
- Widzę, że ci się prezent podoba - powiedział James. Nie wiem ile czasu mógł siedzieć obok mnie w salonie, ale nie zauważyłam, gdy wyszedł ze swojej sypialni.
- Tak, bardzo - powiedziałam podejrzanie. - Od ilu minut tutaj jesteś?
James zmrużył oczy i dziwnie się na mnie popatrzył. Następnie wziął do ręki pergamin i dźwignął go na wysokość moich oczu.
- Robię to zadanie od dziesięciu minut i od dziesięciu minut pytam się ciebie, jakbyś tutaj rozwiązała i rozmawiałaś ze mną, a ty się pytasz od kiedy ja tu siedzę? - powiedział czarnowłosy, a ja się lekko wystraszyłam. - Żartujesz sobie, prawda? - spytał się poważnie.
- Nie, chyba nie. Tak sądzę - odparłam i podrapałam się po głowie. - Zamyśliłam się. - James ukradkiem na mnie spojrzał w tym momencie, gdy czułam, jak się rumienię.
- Albo jesteś chora, albo coś nieświeżego zjadłaś. - Zaczął wyliczać. - Albo jesteś zakochana - powiedział dumnie.
- Na razie mam po dziurki w nosie miłość i te sprawy - odrzekłam - ale na prawdę nie wiem co się przed chwilą stało. Możesz powtorzyć? - powiedziałam i zaczęłam przeglądać pergamin chłopaka. Zadanie było proste i szybko mu pomogłam, ale nie mogłam wyrzucić słów Jamesa z głowy. Zakochanie?
***
Nasze dormitorium bez Rogacza stało się niesłychanie puste i smutne. Brakowało mi jego diabelskiego uśmiechu, gdy wpadł na jakiś pomysł. Z początku Syriusz bardzo przeżywał, że łóżko Jamesa będzie stało puste przez rok. Wydawało się, że był zły na to, że przyjaciel go opuścił. Zapomniał jednak, że Rogacz uczęszcza na te same przedmioty co my i spożywa z nami posiłki. Mimo to, tęsknił za nim. Nie wiem, co by się z Łapą stało, gdyby kiedykolwiek Rogacza zabrakło.
Z Madison układało się wyśmienicie. Chodziliśmy na długie spacery na Błonia, bardzo dużo rozmawialiśmy, a chłopaki ją bardzo polubili. Z Lily i Dorcas raz była na zakupach. Nie było ich ponad cztery godziny; aż się boję wiedzieć, ile plotek zdążyły między sobą wymienić. Oprócz tego, że była otwarta na ludzi, umiała słuchać. Była doskonałą osobą do zwierzania się, bo zawsze coś ci doradziła. Nie zebrałem się jeszcze w sobie, aby powiedzieć jej o mojej dolegliwości, ale wiecznie okłamywać jej nie mogę. Nie zasługuje na to.
Gdy jestem sam na sam z Madison czuję się najszęśliwszym człowiekiem na ziemi, ale czuję, że coś przede mną ukrywa. Często jest zamyślona, nie umie się skupić na tym, co mówię lub jest bardzo smutna. Wiele razy próbowałem dowiedzieć się, o co chodzi. Może potrzebuje pomocy, ale wstydzi się o nią poprosić.
Parę dni później, gdy moja ukochana zniknęła mi z oczu po obiedzie, zacząłem się o nią niepokoić. Coraz częściej gdzieś znikała na parę godzin, wracała przygnębiona i nawet nie miała ochoty ze mną rozmawiać. Zauważyłem skrawek jej torby znikającej z Wielkiej Sali, więc niezwłocznie skończyłem swój posiłek i pobiegłem za nią. Byłem pewny, że ją dogonię. Niestety, przeceniłem zdolności sportowe mojej dziewczyny. Obiegłem cały zamek, od biblioteki, łazienkę Jęczącej Marty po Błonia.
Wróciłem zrezygnowany do dormitorium. Jak to się mogło stać, że dziewczyna będąca przede mną parę kroków mogła mi uciec. Upadłem na łóżko targając sobie włosy. Zamknąłem oczy i jęknąłem ze zrezygnowania. Jak rozgryźć tę dziewczynę? Jak do niej dotrzeć? Jak ją znaleźć? I wtedy wpadł mi do głowy pomysł, który był cały czas pod nosem, ale zaślepiony rozpaczą go nie zauważyłem.
Siedziałem na skraju łóżka z otworzoną przede mną Mapą Huncwotów. Szukałem kawałek po kawałku nazwiska Madison Klett. Ku mojemu zdziwieniu, owa osoba stała nieruchomo w jednym punkcie w Sowiarni. Puściłem się pędem do dziewczyny. Na wszelki wypadek skrawek pergaminu trzymałem w ręku, w razie gdyby Madison zmieniła swoje miejsce. Zdyszany i spocony wbiegłem do Sowiarni. Było w niej ciemniej niż na dworze, ale doskonale zauważyłem sylwetkę dziewczyny odwróconej do szerokiego okna, z którego widok rozprzestrzeniał się na całe jezioro. Trzęsła się, najwyraźniej płakała. Nie zauważyła mojej obecności, więc po cichu podszedłem do niej od tyłu i delikatnie przytuliłem.
– Dlaczego przede mną uciekasz, Madison? - szepnąłem jej do ucha. – Dlaczego masz przede mną tajemnice? - powiedziałem i odwróciłem ją do siebie. Oczy miała czerwone i popuchnięte od płaczu. Chwyciłem jej drobne dłonie i ucałowałem. Była taka krucha i drobna, a widok jej zapłakanej łamał mi serce.
– To nic takiego Remusie. Nie martw się o mnie - odparła słabym, łamiącym się głosem.
– Właśnie widzę. Skarbie, daj sobie pomóc - rzekłem i mocno przytuliłem. Czułem, jak jej mięśnie się rozluźniają i miałem nadzieję, że wszystko mi opowie.
– No bo... Dostałam parę dni temu list z domu, że... Mój kochany... Puszek odszedł... - odparła i zaczęła szlochać. Ja stałem wryty w ziemię i nie wiedziałem co się dzieje. Czyli całe to jej dziwne zachowanie było spowodowane tym, że jakiś futrzak umarł? A ja myślałem, że jest tajną agentką i pracuje dla Voldemorta.
– Skarbie, już spokojnie - Próbowałem ją uspokoić, ale w środku chciało mi się śmiać. Ledwo co powstrzymywałem się od parsknięcia. – Puszek na pewno był cudownym zwierzakiem, ale na każdego przychodzi pora - powiedziałem i popatrzyłem w jej zaszklone oczy. Oby w przyszłości tylko z takich powodów cierpiała.
– Wiem, ale był w mojej rodzinie odkąd pamiętam. Będzie mi go brakowało - szepnęła i znowu się do mnie przytuliła. – Chcę zostać sama, dobrze? - Zapytała się i ruszyła w kierunku drzwi. – Kocham cię Remusie.
I tyle ją widziałem. Śledziłem ją na Mapie Huncwotów, czy doszła do swojego dormitorium. Gdy jej imię znalazło się w lochach, odetchnąłem z ulgą. Odwróciłem się, by po raz ostatni raz tego dnia zobaczyć zapierający dech w piersiach widok. Czułem świeży i chłodny wiatr na moich policzkach. Nagle do okna podfrunęła mała, ruda sówka z przyczepionym do nóżki listem. Miała powyrywane pióra i wyglądała na zmęczona. W oddali zauważyłem jastrzębia, który musiał ją najprawdopodobniej dopaść i biedna nie dostarczyła listu. Przyjrzałem się jej oczom. Sowa Madison miała jedno oko czarne, a drugie brązowe i była ruda. Zwierzę pochukiwało nerwowo i widać było, że się boi. Spojrzałem w jej oczy i wiedziałem, czyją była własnością. Patrzyłem na mały list i kusiło mnie, żeby go wziąć, ale nie można było czytać cudzej korespondencji. Ale w sumie, gdy wezmę ten pergamin i przekażę jutro Madison, że jej list został nie dostarczony, to nie stanie się nic złego. Delikatnie odplątałem pergamin, a sówce dałem ciastko. Przez przypadek list się otworzył, a oczy same napotkały staranne litery mojej dziewczyny.
Drogi H. J.
Piszę znowu do Ciebie, bo nie mogę znieść tej myśli, że muszę to zrobić. Może uda się to ominąć? Nie chcę niszczyć tego, co zbudowałam.
Naprawdę chcesz tego? Będzie Ci po tym lepiej? To zrób to sam, a nie każ mi tego zrobić. Złamie mi to serce.
Mam nadzieję, że weźmiesz moją prośbę pod uwagę. Pamiętaj, możesz się zawsze wycofać! Będziemy się ukrywać, poradzimy sobie.
Muszę już kończyć, bo ktoś idzie. Żegnaj.
M. K.
Ostatnie litery były krzywe i napisane w pośpiechu. Musiała wysłać ten list tuż przed tym jak wszedłem do Sowiarni. Dlaczego mi o tym nie powiedziała? Jaki był powód, że mnie okłamała? Na pewno tego Puszka zmyśliła. Myślałem, że jesteśmy już ze sobą szczerzy. Do kogo pisała, o co w ogóle chodziło?
Zmieszany wróciłem do dormitorium. Syriusz i Peter grali w jakieś mugolskie gry, ale nie miałem ochoty do nich dołączyć. Zasłoniłem swoje zasłony i położyłem się na łóżku. List czytałem jeszcze parę razy próbując rozgryźć, kim jest tajemniczy H. J. Postanowiłem, że dopóki nie rozgryzę całej sprawy, nie przyznam się Madison, że przechwyciłem jej list. Ciekawość wygrała nad uczciwością.


sobota, 25 marca 2017

Rozdział 20

Przemierzałam puste korytarze tak szybko, że nawet postacie z obrazów nie były w stanie mnie zatrzymać. Moim celem było jak najszybciej dotarcie do gabinetu i błaganie o wybaczenie i obiecanie poprawy. Fakt, że czuć było ode mnie alkohol, a na sobie miałam szlafrok chyba nie stawiał mnie w dobrym świetle. Modliłam się w duchu, abym spotkała na mojej drodze kogoś, kto mógłby uratować niewinną osobą od rychłej śmierci.
- Uważaj, jak chodzisz! - usłyszałam męski głos, tuż nad moim uchem w chwili, gdy zderzyłam się z jego właścicielem. - Lily? - zapytał się chłopak chwytając mnie za ramiona. W słabym świetle pochodni ciężko byłoby rozpoznać, z kim się rozmawia, ale takie okulary miała tylko jedna osoba w szkole.
- James? - szepnęłam, zdając sobie sprawę, że dalej obowiązuje cisza nocna.
- Tak, to ja - odrzekł czarnowłosy. - Co ty tutaj robisz o tak późnej porze?
- Idę na ścięcie do gabinetu Dumbledore'a. - James już zaczerpnął powietrza, żeby się dopytać, ale uciszyłam go ręką. - A ty gdzie się wybierasz?
- Też do dyrektora, ale na spotkanie. Chciał się ze mną widzieć. Tylko zastanawia mnie, dlaczego tak późno. - Podrapał się po głowie i wzruszył ramionami.
Nie przedłużając, oboje ruszyliśmy krętymi korytarzami do pokoju Dumbledore'a. Podróż odbyła się w ciszy, może nawet lepiej. Przed drzwiami czekała na nas McGonagall z surowym, jak zwykle, wyrazem twarzy. Nawet na nas nie spojrzała, tylko wpuściła do środka. Wnętrze gabinetu nie zmieniło się od czasu, gdy także pewnej nocy byłam zaproszona do gabinetu dyrektora. Tym razem przed biurkiem stały dwa, duże fotele z przygotowaną wcześniej gorącą czekoladą. Dyrektor już siedział pośrodku stołu ze spokojnym uśmiechem na ustach.
- Lily, Jamesie. Zapraszam, usiądźcie.
Posłusznie wykonaliśmy polecenie nauczyciela i usadowiliśmy się na siedzeniach. Od razu rzuciłam się na parujący trunek, nerwowo zerkając na profesora.
- Pewnie się zastanawiacie, po co wasza dwójka siedzi o północy w gabinecie dyrektora i pije gorącą czekoladę. Powody są dwa. Pierwszy to taki, że na gorącą czekoladę zawsze jest pora, a drugi, że mam dla was bardzo ważną informację.
- Panie profesorze - przerwałam ostro nauczycielowi, co nie umknęło uwadze Jamesa - chciałabym przeprosić za ten nocy hałas, który nie pozwolił profesor Mcgona...
- Nie dlatego cię tutaj sprowadziłem. Była to wymówka, a poza tym chciałem cię trochę wystraszyć. - Zachichotał dyrektor. - Taki żarcik.
- O co chodzi profesorze? - odezwał się James najwyraźniej rozdrażniony bezsensowną wymianą zdań.
- Długo się nad zastanawiałem i stwierdziłem, że będzie to najlepsza opcja. Obydwoje się dopełniacie, a wspólna praca każdego z was czego innego nauczy. Oczywiście, wywołacie ogólną sensację w całej szkole, ale dacie sobie radę...
- Panie dyrektorze. - Przerwał tym razem James. Jego głos był mocny i stanowczy. - O co chodzi?
- Wybrałem was na prefektów.
Wspomnienie tego spotkania przeplatało się z momentem, gdy prosiłam Jamesa o pomoc w nauce. Były to krótkie sny, które co chwilę budziły mnie z płytkiego snu. Podkrążone oczy i potargane włosy były dowodem na nieprzespaną noc. Potęgowało to moje zdezorientowanie na lekcjach, gdy nie umiałam wykonać najprostszych czynności. Moją głowę zajmowało też to, że na cały ten rok przeprowadzam się do Wieży Prefektów. Będę w niej mieszkała razem z Jamesem, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Co innego rozmawiać między lekcjami lub wspólne uczenie a dzielenie się miejscem zamieszkania. Kto to wymyślił, żeby na Prefektów Naczelnych wybierać dziewczynę i chłopaka. Czułam zimną odznakę w kieszeni szaty, gdy Dorcas krzyknęła mi do ucha, że już koniec zajęć i czas na obiad.
Publiczne ogłoszenie mnie i Jamesa prefektami było niespodziewane. Dyrektor zapomniał wspomnieć, że oznajmi to pozostałym uczniom w Wielkiej Sali. Wlepione oczy wszystkich dookoła sprawiły, że poczułam pot na moim czole. Od dawna wiedzieli, że Dumbledore jest szalony, ale to, że posadził niedoszłą śmierciożerczynię na tak ważnym stanowisku pogarszało opinię o nim. Myślałam, że nie może być nic gorszego, a jednak dyrektor jak zawsze zaskakuje. Zaprosił mnie i Jamesa obok niego, aby wszyscy się z nami zapoznali. Jakby oczywiście nikt nie słyszał o przystojnym Jamesie Potterze i jego ukochanej Lily Evans - Hodder. Odeszłam od stołu, ale czułam, że zaraz nogi odmówią mi posłuszeństwa. Na szczęście, James użyczył mi swojego ramienia i razem ruszyliśmy w stronę stołu nauczycieli.
- James, Lily, może jakieś słowo do naszych kochanych uczniów. - Uśmiechnęłam się krzywo i mocniej uścisłam rękę Jamesa. Dyrektor chyba myślał, że sprawiał przyjemność tym, że możemy sobie przemówić do setki nastolatków, którzy nie palają do mnie radością.
- Cześć wszystkim. - James podszedł do mównicy, a jego głos rozbrzmiewał w całej sali. Ciekawe jak, bo żadnego mikrofonu tu nie było. - Chyba nie muszę nas przedstawiać - powiedział i spojrzał na mnie. Moja twarz wyrażała panikę, więc James kontynuował - postaramy się godnie was reprezentować, a to oznacza, że możecie się do nas zwrócić z każdą głupotą i poważną sprawą. Jesteśmy dla was. - Skończył i wszyscy zaczęli klaskać. James uśmiechnął się do widowni i zszedł z mównicy. Dotknął mojej talii i popchnął w stronę stołu. Usiedliśmy obok siebie i jak gdyby nigdy nic zaczęliśmy jeść niedokończony obiad. Nie miałam odwagi spojrzeć na resztę stołów, ale drugi prefekt jadł pieczeń z ogromnym uśmiechem na ustach.
Przeprowadzka do Wieży Prefektów odbyła się wieczorem. Wszystkie moje rzeczy spakowałam do walizek, a gdy skończyłam, magicznie przeniosły się do nowego miejsca. Przytuliłam mocno moją przyjaciółkę i zaczęłyśmy głośno płakać.
- Będzie mi ciebie tutaj brakować - powiedziała smutnym głosem Dorcas.
- Ja tam tylko będę spała. Przecież chodzimy razem na prawie wszystkie lekcje - rzekłam i mocniej uścisłam brunetkę. Po chwili wypuściłam ją z uścisku i wyszłam z dormitorium. Przed wejściem czekał na mnie już James, najwyraźniej podekscytowany zmianą zamieszkania. Przepuścił mnie w przejściu i ruszyliśmy w kierunku naszego nowego domu.
Wieża prefektów znajdowała się tuż obok łazienek prefektów, ale obydwa miejsca zabezpieczone były hasłem. Tylko ja i James mogliśmy do nich wejść. Dyrektor zabronił nam zdradzać hasła nieznajomym, ale nic nie mówił o przyjaciołach. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie, ale nucenie wesołej melodii i wyśmienity humor Jamesa umilił mi drogę. Nie okłamano nas, że będziemy mieszkali w wieży. Do nowego miejsca prowadziło z parędziesiąt schodów, które myślałam, że się nigdy nie skończą. W połowie musiałam zastrzymać się na chwilę i wziąć parę oddechów, ale James nie czekał na mnie i wspinał się dalej. Dotarłam kilka minut po czarnowłosym, który obchodził całe pomieszczenie​ z ogromną ciekawością. Nowego mieszkania nie można było porównywać z dormitoriami, które niedawno zamieszkiwaliśmy. Na środku salonu były dwie duże kanapy z okrągłym stolikiem pośrodku. Obok ogromnego, gotyckiego okna miło paliło się drzewo w kominku, więc w powietrzu czuć było zapach żywicy. Na wysokich ścianach zawieszone były obrazy ze wszystkimi dyrektorami szkoły, zasłużonymi nauczycielami i sławnymi czarodziejami. Ich kolory łączyły się z czterami domami w Hogwarcie, ale gdy weszłam do swojej sypialni, była ona w stu procentach gryfońska. Pod oknem stało ogromne łóżko z czerwoną narzutą i bordowymi poduszkami. Obok niej leżały wszystkie moje walizki z ubraniami, butami i książkami. W kącie stała ogromna garderoba z licznymi szufladami. Najlepszym meblem w moim pokoju była szklana biblioteczka wypełniona do połowy opasłymi książkami. Pokój moich marzeń.
Usłyszałam z salonu dochodzące dźwięki. Otworzyłam dębowe drzwi i zobaczyłam Jamesa naprawiającego lampę, którą przed chwilą stłukł.
– Zawsze byłem niezdarą - odparł i nieśmiało się​ uśmiechnął. Próbował złożyć ozdobę, ale bezskutecznie. Machnęłam szybko różdżką i przed okularnikiem stała wysoka, zaświecona lampka. – Dzięki, zapomniałem, że mogę użyć czaru - powiedział i usiadł na wielkiej sofie. Instyktownie dosiadłam się do niego nerwowo pocierając rękami o spodnie.
– Co tam u ciebie? - zapytałam się, ale od razu uderzyłam się w myślach czoło. Durne pytanie, durna ja.
– Dobrze - powiedział z dziwnym wyrazem twarzy - podoba mi się to miejsce. Jest takie przytulne i takie... nasze. - Skończył i spojrzał w moje oczy. Były takie piękne i hipnotyzujące. Nie miałam nigdy okazji być sama na sam z Jamesem, co mnie bardzo stresowało, a coraz to bardziej pocące się dłonie nie ułatwiały mi sprawy.
– Też tak sądzę - odparłam i nastąpiła między nami niezręczna cisza. James patrzył na mnie z niepokojem wymalowanym na twarzy, a ja starałam się, aby moje policzki były mniej czerwone. – Kiedy zaczynamy korepetycje? - zapytałam się.
– Możemy od jutra, ale w sumie, mam inną sprawę do ciebie - powiedział i niespokojnie się poruszył. Zaczął grzebać w tylnej kieszeni dżinsów, aż w końcu wyjął fioletowe, małe pudełeczko. – Chciałem ci to dać na poprzednie święta, ale nie było okazji. - Skończył i położył tajemnicze coś na kanapie obok mnie. Chwyciłam wieczko, a moim oczom ukazał się piękny, srebrny wisiorek z literką "L".
– James... On jest śliczny... - mówiłam rozmarzonym głosem nie mogąc wyjść z zadziwu. – Nie powinieneś mi nic wtedy kupować, byłam okropną przyjaciółką.
– Przestań. – Przerwał mi James i chwycił mnie za ręce. – Już od dawno go miałam w swojej nocnej szafce, ale nie było okazji, aby ci go podarować - powiedział, wziął wisiorek z pudełka i zapiął mi go na szyi – noś go cały czas przy sobie, a gdybyś mnie potrzebowała, chwyć go do dłoni i pomyśl o mnie. Wtedy się pojawię - rzekł przyciszonym głosem. – Dobrej nocy Lily. – Wstał i poszedł do swojego pokoju.
Zimny prysznic odrobinę ochłodził moje ciało, ale rozmowa z Jamesem, jego prezent znowu mnie rozgrzewało. Woda leciała po włosach, twarzy, ale tego nie zauważałam. Dotknęłam mojego wisiorka, którym dziwnym trafem był ciepły. Był śliczny i tak jak James powiedział, nie zamierzałam go ściągąć ani na sekundę. Gdy wyszłam z łazienki i przebrałam się w koszulę nocną, było grubo po dwudziestej trzeciej. Nie miałam ochoty spać, więc wzięłam pierwszą lepszą książkę z biblioteki i zasiadłam do czytania. Dziwnym trafem trafiłam na jakieś mugolskie romansidło, w którym dziewczyna odrzucała chłopaka, a gdy już się w nim zakochała, on już jej nie chciał znać. Tak się zaczytałam, że nie zauważyłam, gdy na zegarze wybiła druga w nocy. Zgasiłam szybko lampę i przykryłam się miękką kołdrą. Zamknęłam oczy, a główną osobą w moim snach, był nie kto inny, jak James Potter.

Rozdział 19

Wieść, że ta słynna Lily Evans wróciła do szkoły, towarzyszyła wszystkim uczniom przez kilka dni nauki. Nie zdziwiłam się, gdy wśród pierwszych klas chodziła pogłoska o tym, że rudowłosa jest niebezpiecznym szpiegiem samego Voldemorta. Starsze roczniki w to nie wierzyły, ale nie śmiały zaczepić Evansówny, bojąc się potraktowania jakąś okropną klątwą.
Nie znałam wcześniej Lily, ale uważałam ją za rozsądną dziewczynę. Gdy usłyszałam o tym, co zrobiła, byłam naprawdę zła. Dopiero Remus wytłumaczył mi, jaką jest opiekuńczą i wspaniałomyślną osobą, tylko trafiła w złym na czasie na złego człowieka.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Siedziałam w dormitorium Dorcas i zwierzałam się jej z tajemniczych spotkań z Remusem. Wtedy ona wbiegła do pokoju cała zarumieniona i na mój widok gwałtownie się zatrzymała. Po chwili podeszła do mnie z ogromnym uśmiechem na ustach i przedstawiła się. Zamieniłyśmy tylko parę zdań, ale czułam, że naprawdę się polubimy. Dotąd nie rozmawiałyśmy; wakacje spędziłam w domu rodzinnym, z którego nie mogłam za bardzo wychodzić. Tylko nocne schadzki z Lunatykiem dawały mi odrobinę nadziei, że wszędzie tak jest i moja rodzina jest normalna.
Tym razem było podobnie; siedziałam na łóżku Dorcas i z wielką ciekawością słuchałam opowieści o najlepszej imprezie u Jamesa Pottera. Jak na zawołanie, do pokoju wparowała Lily trzymając się za serce.
– Powinni tutaj zamontować windę - wydyszała i rzuciła się na swoje łóżko. – Cześć Madison - powiedziała do mnie, jakby odrobinę speszona.
– Cześć Lily - odpowiedziałam i pokrzepiająco się uśmiechnęłam.
– Jak było w bibliotece? - spytała się Dorcas, rozczesując palcami swoje długie i gęste włosy. – Znalazłaś potrzebne ci książki?
– Znalazłam - jęknęła Lily - ale gdy tylko zobaczyłam, ile materiału muszę nadrobić, to stwierdziłam, że lepiej jak zacznę udawać chorą. Ale - dorzuciła entuzjastycznie - ktoś mi pomoże - powiedziała i zaczęła się chichotać jak mała dziewczynka, która dostała swoją wymarzoną zabawkę.
– Któż by chciał rozmawiać z przerażającą czarownicą, która służy Czarnemu Panu? - zapytała się Dorcas i mrugnęła do mnie. Wybuchnęłyśmy ogromnym śmiechem na wspomnienie tych wszystkich przerażonych min, gdy tylko Lily wchodziła do Wielkiej Sali. Ci, którzy siedzieli najbliżej niej, szybko kończyli posiłek i w podskokach wybiegali z pomieszczenia.
– Myślę, że James Potter nie boi się śmierciożerców - rzekła Lily z triumfalnym wzrokiem. Omiotła cały pokój z udawaną wyższością i zarzuciła ręce za głowę. – No co się tak patrzycie?
– Po prostu cieszymy się, że jesteś szczęśliwa - powiedziałam całkowicie szczerze i prosto z serca. Rudowłosa gwałtownie wstała ze swojego łóżka i rzuciła się na mnie mocno przytulając.
– Dziękuję ci Madison za te słowa i za to, że kiedy nie byłam przyjaciołką Dorcas, zastąpiłaś mnie. - Poczułam parę łez, które spłynęły z policzków Lily. Mocniej ją uścisnęłam i głaskałam po włosach. Zasłużyła sobie na to.
– To co, robimy babski wieczór? - przerwała Dorcas wyciągając ze swojego stolika nocnego butelkę Ognistej Whiskey.
Gdy już zamek opustoszał, a wszyscy uczniowie dawno spali, trzy dziewczyny śmiały się i chichotały z własnej głupoty. Doskonale wiedziały, że jutro mają szkołę, a bezlitosny kac nie pozwoli im stanąć na nogi. Jako że ja byłam najmłodsza, najmniej wypiłam, ale i tak czułam mocne zawroty głowy. Już nigdy więcej nie posłucham Dorcas; tylko ona mogła wymyślić taki infantylny pomysł, aby upić się w środku tygodnia. Jednak, nie mogę zaprzeczyć, że było cudownie; śmiałyśmy się, opowiadałyśmy swoje historie, gdzie niektóre z nich były naprawdę nierealne, obgadywałyśmy przystojnych chłopaków i narzekałyśmy na małą liczbę ubrań. Temat o Voldemorcie oczywiście się pojawił, który sprawił, że od razu zmarkotniałam. Nie lubiłam o tym rozmawiać, a tym bardziej okłamywać moich przyjaciół i Remusa. Moment, gdy Dorcas spytała mnie, co sądzę o tej całej sprawie wyczyszczenia świata z brudnej krwi, był najgorszym w całym moim życiu.
– No wiecie, jak to jest. W sumie, to nie wiem... - Na szczęście pukanie w okno przerwało mi w połowie zdania. Zaciekawione, podbiegłyśmy do źródła dźwięku i zobaczyłyśmy ogromną sowę na parapecie. Lily wpuściła ją do środka, a ona upuściła starannie zwiniętą kartkę papieru i wyfrunęła z pokoju.
– Co to do cholery jest? - powiedziała do siebie rudowłosa i rozwinęła rulonik. Z każdą sekundą jej oczy niebezpiecznie się poszerzały, a ręce zaczęły się delikatnie trząść.
– Daj mi to, bo nie umiesz czytać na głos. Też chcemy się dowiedzieć, co to jest - burknęła Dorcas i wyrwała przyjaciółce list z dłoni.
Droga Panno Evans.
Proszę się ubrać i natychmiast przyjść do gabinetu dyrektora. Wszystkich uczniów obowiązuje cisza nocna. Podkreślam, WSZYSTKICH, a krzyki panien Meadowes, Klett i Evans utrudniają mi zasypianie.
Nie pozdrawiam,
Minerva McGonagall.
– Mam ochotę soczyście przeklnąć, ale usłyszy to nasza opiekunka.
Lily stała w miejscu z otwartą buzią i wymalowanym przerażeniem na twarzy. Żart Dorcas nie był trafiony, co sprawiło, że rudowłosa zaczęła szlochać.
– Lily, cichutko - szepnęłam jej do ucha, delikatnie przytulając. – Powiesz, że bolał mnie brzuch i musiałyście się mną opiekować, a te głosy dobiegają z innego pokoju.
– Pierwsze dni w szkole, a ja jestem wzywana do dyrektora za hałasowanie po północy - mruknęła Lily. – Na brodę Merlina! - Uderzyła się mocno w czoło. – Czuć ode mnie alkohol na kilometr. Co ja teraz zrobię?!
– Bierzesz szlafrok i lecisz pod gabinet. Chyba wiesz, co grozi za spóźnienie - powiedziała żałośnie Dorcas i podała Lily ubranie. Uścisnęła ją mocno i popchnęła w kierunku drzwi. Evans powoli stawiała kroki lekko się chwiejąc. Obróciła się do nas z błagalnym wyrazem twarzy i zamknęła za sobą drzwi. To będzie najtrudniejsza rozmowa w historii Hogwartu. Obydwie usiadłyśmy na łóżku zmęczone i złe na siebie. Powinnyśmy być tam we trzy, a McGonagall wezwała tylko Lily. Było nam z tego powodu bardzo przykro. Nagle, moja przyjaciółka wzięła mnie za rękę tym samym zmuszając mnie do spojrzenia na nią.
– Co się dzieje, Madison? - zapytała się Dorcas mocno wpatrując mi się w oczy. Na to pytanie lekko zesztywniałam.
– A o co chodzi?
– Dobrze wiesz - odparła pobłażliwie dziewczyna. – To nie pierwszy raz, jak na dźwięk imienia Voldemorta wzdrygasz się i nie wiesz co powiedzieć.
Zaczęłam ciężej oddychać. Moje mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa i teraz cała się trzęsłam. Nie mogłam tego zahamować, a łzy same napłynęły mi do oczu. Widząc to, Dorcas przybliżyła się do mnie i objęła mnie ramieniem. Czułam się taka bezpieczna i kochana, że chciałam się ze wszystkiego zwierzyć, ale dobrze wiedziałam, że nie mogłam. Na pewno nie teraz.
– To jest takie dziecinne... - Kłamstwo szybko wypłynęło z moich ust. Chociaż zawierało w sobie odrobinę prawdy. – Bardzo się go boję i nie chcę o tym rozmawiać.
– Nie jesteś jedyna. Kiedyś czułam obawę, ale teraz jedynie czuję nienawiść. Voldemort zniszczył moje życie. Będzie dobrze, zobaczysz - rzekła Dorcas. Chwilę pozostałyśmy w uścisku, aż nagle ktoś gwałtownie otworzył drzwi. Zszokowane i wystraszone odwróciłyśmy głowę. W progu stała Lily, która była przerażona, ale i podniecona. Popatrzyła na nas wielkimi oczami i wskoczyła na łóżko.
– Dziewczyny, to, co się stało w gabinecie Dumbledore'a. To jest chyba sen. Ja śnię - mówiła bardzo szybko i bez składu.
– Ale Lily, uspokój się. Co się stało? - spytała się Dorcas i delikatnie pogładziła gorący policzek rudowłosej.
– Dumbledore wpadł na szalony pomysł. Nie przemyślał go, a jest on kompletnie do bani.
Wraz z kolejnymi zdaniami przyjaciółki, nasze twarze wyrażały na zmianę rozbawienie, przerażenie i zdumienie. To, co wymyślił dyrektor, było tak nierealne, jak latający Slughorn na hipogryfie. Żadna z nas nie umiała zasnąć do końca tej pełnej wrażeń nocy.
Komentarze bardzo mile widziane ;)

niedziela, 5 lutego 2017

Rozdział 18

Potężny, okazały zamek wychylił się zza gór. Ostatnie letnie promienie słońca ogrzewały nasze rumiane policzki. Oczy mieniły się niczym diamenty, a całe ciało było lekko podekscytowane. Na samą myśl o wkroczeniu ponownie do Hogwartu, człowiek czuł, gdzie jest jego miejsce. Tylko tu wiedział, kim jest i jaki powinien być. Nastolatkowie obok mnie nie mogli przestać się uśmiechać na samą myśl o niezwykłych przygodach, które czekają na nich w murach twierdzy. Ostatni rok oznacza dla wielu czas poważnych i wielkich decyzji. To właśnie teraz wybierzemy swój przyszły zawód, a żeby go zdobyć, trzeba się pilnie uczyć. Na pewno nie będzie lżej niż wcześniej; imprezy czy kawały muszą być odstawione na bok, bo w dorosłym życiu trzeba znaleźć pracę, założyć rodzinę i dbać o jej bezpieczeństwo. Zwłaszcza w takich czasach, jak te. Nigdy nie masz pewności, czy twoja ukochana osoba wróci do domu z pracy. Właściwie, to nikt nie wie, co go czeka za rogiem. Dlatego ten rok będzie inny niż poprzednie sześć lat nauki.
Ja, jako jedyna mugolaczka spośród mych przyjaciół miałam trudności w podejmowaniu decyzji. Wiem, że cokolwiek postanowię, nie zadowoli to moją mamę. Kocham ją z całego serca, ale pragnę żyć pośród czarodziejów, a ona powoli musi sobie to uświadomić. W czasie wakacji, gdy samotnie siedziałam w moim pokoju, szukałam ogłoszeń o miejscu zamieszkania oraz ofert pracy. Znalazłam parę ciekawych propozycji. Dorcas, James i reszta mieli dokąd pójść po zakończeniu szkoły. Ja muszę wynająć jakiś mały pokój i iść do pracy, aby zarobić na siebie. Bałam się, strasznie się bałam, czy sobie sama poradzę. Nie mam nikogo z rodziny, która by mogła mi pomóc w tym wielkim świecie.
Ocknęłam się po paru minutach. Wpatrywałam się w odjeżdżający wóz, w którym siedzieli Dorcas, Remus, Syriusz i Peter. Brakowało mi jednego czarnowłosego chłopaka, ale gdy poczułam popchnięcie z tyłu, wiedziałam, gdzie się podział. Odwróciłam się i zobaczyłam potężne, czarne, kościste zwierzę. Odsunęłam się gwałtownie od niego w obawie przez pogryzieniem, ale wydawał się być niegroźnym. Spojrzałam w oczy tego tajemniczego cuda stojącego przede mną i zobaczyłam smutek i przygnębienie. Obeszłam zwierzę dookoła; wyglądało jak mugolski koń, ale nie miał żadnego mięśnia, a w miejscu, gdzie powinien mieć serce i inne narządy, była pustka. Zaciekawiona, oglądałam tego rumaka z dobre parę minut. Gdy już wyciagałam dłoń, aby dotknąć tej magicznej istoty, ktoś mocno chwycił mnie za ramiona i odciągnął od konia.
– Zauważyłem, że od paru chwil jesteś wpatrzona w testrale. Są to piękne zwierzęta, ale lepiej ich nie dotykać. - Odwróciłam się, aby spojrzeć w przenikliwe, brązowe oczy Jamesa.
– Czemu dopiero teraz je widzę? W poprzednich latach wozy jechały same - powiedziałam i zerknęłam na hipnotyzujące stworzenia.
– One od zawsze ciągną dorożki. Widzi je osoba, która była świadkiem czyjejś śmierci. - Jęknęłam ze strachu. Niesamowite konie wiązały się z taką okropną rzeczą. Nigdy bym tego nie przypuszczała.
– Widziałaś śmierć tego sprzedawcy, gdy byłaś razem z Jackiem wtedy w Sylwestra? - zapytał się James, a jego wzrok utkwiony był gdzieś daleko przed nim.
– Niestety - szepnęłam nieśmiało. Było mi wstyd za tamten rok, że opuściłam moich przyjaciół i mogłam dopuścić się do złych rzeczy.
– Każdy ma coś na sumieniu Lily - powiedział, już patrząc na testrale. Wyminął mnie, otworzył małe drzwiczki od ciągniętego wozu i wskoczył na siedzenie. Poprawił swoją szatę i poklepał miejsce obok siebie. – Zapraszam panią na najlepszą przejażdżkę w życiu. Zapewniam niesamowite i niezapomniane wrażenia.
Razem wybuchnęliśmy śmiechem. Spojrzałam przelotem w oczy konia i usiadłam obok chłopaka. W czasie jazdy James przytaczał śmieszne historie z jego wakacji spędzonych z Anastazją i Syriuszem. Nie dawał mi dojść do słowa z obawy pewnie, że spytam, czyjej śmierci był świadkiem. Gdy już dojechaliśmy i mogłam na spokojnie z nim porozmawiać, czarnowłosy podbiegł do Syriusza, który jedyny na nas zaczekał. Razem w trójkę wkroczyliśmy w ogromne bramy Hogwartu, a następnie do Wielkiej Sali. Uczta przebiegała tak jak zwykle, ale dla mnie była ona nietypowa i przeżywałam ją od nowa.
W nocy nie umiałam zasnąć, dopiero nad rankiem zmożył mnie sen. Na pierwszych zajęciach byłam niedożycia, szczególnie, że mimo samodzielnej nauki w ośrodku, miałam pewne braki. Na mojej ulubionej lekcji Eliksirów nie potrafiłam odpowiedzieć na proste pytania profesora Slughorna. Był on zawiedziony, ale jeszcze bardziej zła na siebie, byłam ja. Jakież było moje zdziwienie, gdy Syriusz zgłosił się, dobrze odpowiedział i zarobił pięć punktów dla Gryffindoru. Widziałam jego błysk w oku i wyniosłość w spojrzeniu. Udowodnił mi, że już nie jestem najlepsza, a on głupi i infantylny. Gdy nasza wymiana złowrogich spojrzeń trwała już przez parę minut, jego kolega z ławki mocno szturchnął go w ramię, przez co Black spuścił wzrok. Uśmiechnęłam się do siedzącego obok niego Jamesa i kiwnęłam delikatnie głową w podzięce. Ta sytuacja była dla mnie bardzo krępująca i to on mnie z niej wybawił. Po lekcjach miałam ochotę na długą drzemkę, ale nie mogłam. Zmusiłam się do pójścia do biblioteki i wypożyczenia paru książek, które, miałam nadzieję, pozwolą mi nadrobić zaległości. Nie mogłam sobie pozwolić na to, abym była przeciętną uczennicą. Usiadłam przy okrągłym stoliku i zaczęłam czytać podręczniki. Pierwsze słowa jeszcze rozumiałam, ale dalej było co raz gorzej. Myśl, że mam jeszcze tyle do nadrobienia zniechęcała mnie do nauki. Po dwudziestej stronie opisu bardzo trudnego eliksiru zamknęłam książkę i położyłam głowę na stosie pergaminu. Nie miałam siły, aby dokończyć jeszcze setkę stron ksiąg. Podskoczyłam, gdy obok mojej twarzy ktoś opuścił grubą książkę i odsunął głośno krzesło. Z kwaśną miną podniosłam wzrok na znajomego chłopaka w okrągłych okularach, który emanował radością i energią.
– Widok Lily w bibliotece jest codziennością, ale gdy już leży na stoliku ledwie siedząc na krześle, coś jest nie tak - powiedział James i usiadł obok mnie. – Co się dzieje? Dzisiaj na lekcjach byłaś dosyć rozdrażniona i nie umiałaś odpowiedzieć na proste pytania. Coś się stało? - spytał troskliwie.
– Tak - szepnęłam i spuściłam głowę. – Mam braki w materiale, nie rozumiem, co ci nauczyciele do mnie mówią. Nie wyobrażam sobie, że w tym roku piszę owutemy. Spójrz - powiedziałam i pokazałam ręką na stos opasłych tomów podręczników - ile mi zostało materiału. Nie dam rady tego się nauczyć do końca roku.
James wziął jeden egzemplarz do ręki i pooglądał go ze wszystkich stron. Zrobił tak z kolejnymi, a ja się zastanawiałam, co on właściwie robi.
– Nie potrzebujesz ani jednej książki - odparł lekkim tonem, a ja otworzyłam oczy ze zdziwienia.
– Jak to? Przecież tu jest wszystko, co przerabialiście w tamtym roku.
– Oczywiście, że tak, ale samo czytanie zajmie ci parę tygodni, a nic z tego nie zapamiętasz - rzekł i wyciągnął ze swojej torby stos pergaminu. – Tu są moje wszystkie notatki z poprzednich lat. Przeczytałem większość tych podręczników, co przed tobą leżą, więc łatwiej ci będzie przyswoić przerobiony przeze mnie materiał - powiedział, a ja nie wiedziałam, jak mam wyrazić swoją wdzięczność.
– James - odparłam uradowana - to wspaniałe z twojej strony. Uratowałeś mnie z sytuacji bez wyjścia, ale... – Urwałam i chwilę się zastanowiłam. Przeczytam te notatki, ale całkowicie inaczej wygląda nauka, gdy ktoś jednocześnie tłumaczy i poprawia błędy. – Mogę cię jeszcze o coś poprosić? - spytałam się, a czarnowłosy chłopak kiwnął zachęcająco głową. – Chciałbyś po lekcjach dawać mi korepetycje? Wiem, że zrobiłeś duże postępy i łatwiej będzie mi się uczyć z drugą osobą. Co ty na to? - mruknęłam z świadomością, że okularnik może się nie zgodzić.
James wyprostował się, poprawił włosy i szeroko się do mnie uśmiechnął.

piątek, 30 grudnia 2016

Rozdział 17

Ogród państwa Potterów był nieziemski. Otoczony wysoką altanką z bluszczu, a w środku rosły piękne dęby i bukszpany. W centralnej części znajdowała się sadzawka, a przy niej mała, drewniana ławeczka. Usiadłam delikatnie i wzięłam głęboki oddech. To miejsce było takie odprężające i kojące. Nagle, coś dotknęło mojego ramienia. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak kwiaty się wydłużają i owijają moje ciało. Spojrzałam dookoła. Wszystkie rośliny delikatnie się poruszały. Mogłam się domyślić, że ten ogród jest zaczarowany, w końcu opiekuje się nim czarownica.
- Piękny taniec przyrody. - Podskoczyłam na dźwięk tego głosu. - Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć - powiedziała blondynka, usiadła obok mnie i wyprostowała opalone nogi. - Pamiętam, jak miałam pięć lat, to trafiłam do tego ogrodu. Jako mała dziewczynka byłam zachwycona magią i tym, co ona może zdziałać. Podobno siedziałam tutaj do północy, a nikt mnie nie umiał znaleźć. - Anastazja zamknęła oczy i cicho się zaśmiała.
- Twoi rodzice na pewno martwili się o ciebie - powiedziałam, ale od razu tego pożałowałam.
- Nie mam rodziców - odparła dziewczyna i utkwiła wzrok na różowych hortensjach. - Zginęli w wypadku, gdy byłam jeszcze niemowlakiem. Nie pamiętam ich wcale. - Dziewczyna wstała i zaczęła szukać po kieszeniach. Wyciągnęła duży, elegancki, bordowy portfel i spowrotem usiadła obok mnie. - Noszę go zawsze przy sobie wraz najważniejszymi osobami w moim życiu - powiedziała, otworzyła portmonetkę i wyciągnęła parę zniszczonych zdjęć. - To właśnie moi rodzice w latach młodości. - Fotografia przedstawiała szczupłą, śliczną blondynkę oraz wysokiego mężczyznę obok niej. - A tu jest mama i tata Jamesa. To oni mnie głównie wychowali - rzekła i odłożyła dwa zdjęcia przedstawiające małżeństwo Potterów. - A tu moja babcia, jedyna krewna, która wzięła mnie do siebie od razu po wypadku. Urocza kobieta. - Podała mi zdjęcie niskiej kobiety, która uśmiechała się do aparatu. - A tutaj ja z Jamesem. - Na zdjęciu była blondynka z Jamesem, który trzymał ją na baranach. Dwoje nastolatków mocno się śmiali, a Anastazja ciągnęła włosy chłopaka. Wyglądali na parę ludzi, których nic nie rozdzieli.
- Piękne zdjęcia - powiedziałam do dziewczyny, a w tym samym czasie po jej policzku popłynęła łza. Nie czekając, przytuliłam ją mocno do siebie i czekałam na jej wybuch płaczu. Nic takiego się nie wydarzyło.
- Przepraszam za to, nigdy to mi się nie zdarza. - Odkleiła się ode mnie i otarła policzek. Popatrzyła się przez chwilę na zdjęcia, po czym schowała je do portfela. - To teraz ty, opowiedz mi o twoich najważniejszych osobach w życiu.
Blondynka badała mnie swoimi niebieskimi oczami. Miała bardzo delikatny makijaż, który dodawał jej uroku. Jej włosy były rozwiane przez letni wiatr, ale wyglądała przepięknie. Na pewno wszyscy chłopcy za nią szaleją.
- Na pewno mama, Dorcas... - zatrzymałam się. Nie miałam pojęcia, kto jeszcze może zaliczyć się do tego grona.
- A tata, siostra? - spytała się Anastazja.
- Tata zginął w wypadku samochodowym, a siostra mnie nienawidzi. - Uśmiechnęłam się krzywo i między nami nastąpiła niezręczna cisza przerywana ruchami płatków kwiatów.
- A James, Syriusz, Peter, Remus? Oni nic dla ciebie nie znaczą? - spytała się w dosyć chamski sposób. Słyszałam od Dorcas, że bardzo dba o swoich przyjaciół i na pewno nie rozumie tego, dlaczego ich nie wymieniłam.
- Popełniłam duży błąd w przeszłości i bardzo wszystkich obraziłam, w tym także Dorcas. Wybaczyli mi, ale nie wiem czy wszystko jest po staremu. Nie mam pojęcia, czy mogę nazywać się ich przyjaciółką - powiedziałam i wzruszyłam ramionami. Czułam na sobie przeszywający wzrok blondynki.
- Ale oni cię kochają - powiedziała bardzo poważnie Anastazja, a ja na nią spojrzałam z niedowierzaniem. - Naprawdę. Przez całe wakacje słyszałam tylko o tobie. Chłopcy są tobą zachwyceni i bardzo cię szanują. Może Syriusz ma ci za złe, to co zrobiłaś na początku klasy...
- Czekaj, czekaj - przerwałam jej. - Ty o wszystkim wiesz? - spytałam nerwowo.
- No jasne! Myślisz, że Syriusz mi o niczym nie powiedział? Można powiedzieć, że cię trochę obrażał, ale James kazał mu się zamknąć i już nigdy Łapa nie poruszył tego tematu - powiedziała i pokrzepiająco się do mnie uśmiechnęła. - Nie masz się czego wstydzić, Lily. Każdy popełnia błędy.
Poczułam, jak Anastazja mnie objęła i dała do zrozumienia, że mówi prawdę.
- Wszyscy się martwią i chcą dla ciebie jak najlepiej. - Głośno westchnęła i spojrzała na mnie. - Dobrze wiesz, że James za tobą szalał, kochał cię, był gotów chronić do końca swoich dni. Ale czy to nadal trwa, nie wiem - powiedziała Anastazja, a mnie zalała fala gorąca. - On dorósł, zmądrzał, a najważniejsze zaczął myśleć o tobie, a nie tylko o sobie. Ile razy James pisał mi w listach, że znowu go odrzuciłaś, obrzuciłaś jakimś przezwiskiem i odeszłaś. Jego to bolało... - Zatrzymała się na chwilę i spuściła wzrok na swoje buty. - Postanowił w końcu dać ci spokój i szansę na szczęście. Chyba się ze mną zgodzisz, że tak będzie lepiej dla ciebie i dla niego - powiedziała i uśmiechnęła się sama do siebie. Znowu spojrzała na mnie i pokręciła głową. - Pamiętaj, że jak się zaprzyjaźnicie, to skończysz jak ja. - Wstała i chwyciła moje dłonie. Już po chwili stałam naprzeciwko niej i czułam ciepły oddech blondynki na policzku. Ta znowu się szeroko uśmiechnęła i złapała mnie za rękę. Mocno pociągnęła i ruszyła do reszty nastolatków. - Zgadnij, co Huncwoci przygotowali - szepnęła blondynka - najlepszą imprezę tego lata.
Gdy doszłyśmy przed posiadłość państwa Potterów, zobaczyłyśmy nieduży, czerwony namiot otoczony zapalonymi pochodniami. Było ciemno, więc i późno, a nie zostawiłam żadnej informacji mojej mamie.
- Lily, Anastazja! - zawołała Dorcas z butelką alkoholu w ręce. - Chodźcie świętować nasze ostatnie, beztroskie wakacje!
- Chyba ich koniec, Dorcas - burknął Peter niezadowolony i wziął porządny łyk trunku z butelki dziewczyny.
- Ej, to moja butelka! - Oburzyła się brunetka i wyrwała mu ją z ręki. Sama przechyliła napój.
- Widzę, że już świetnie się bawicie! Ja niestety muszę lecieć do domu. Moja mama nie wie, gdzie jestem i na pewno bardzo się martwi - powiedziałam na tyle głośno, że bawiący się nastolatkowie przerwali swoje dotychczasowe zajęcia i spojrzeli na mnie.
- Nie ma mowy kochana! - powiedziała pijana Dorcas. - Dzisiaj musisz dać ponieść się emocjom! Syriusz! Puść jakąś skoczną piosenkę, chcę zaszaleć z moją przyjaciółką!
Po chwili z głośników leciała dosyć szybka muzyka, do której prędko przywykłam i razem z brunetką zaczęłam tańczyć. Po paru minutach Syriusz podał mi szklankę napoju, a ja wypiłam go do dna. Raz się żyje! Siedziałam całe dwa miesiące w domu, to raz mogę się zabawić.
Gdy już wybiła godzina dwudziesta trzecia, a Syriusz razem z Dorcas leżeli na trawniku, postanowiłam wrócić do domu. Nie byłam pijana, bo wszystko pamiętałam: jak Peter tańczył na stole z Anastazją, jak James porwał mnie i Dorcas w rytm gorącej salsy. W jego ramionach czułam się najbezpieczniej na świecie, a jednocześnie obchodził się ze mną jak z płatkiem róży. Nigdy nie sądziłam, że James może być tak świetnym i dowcipnym facetem. Zachowuje się szarmancko i szanuje kobiety. Najlepszym dowodem na to jest jego zachowanie w stosunku do Anastazji. Dba o nią i jej bezpieczeństwo, jakby chciał ją ochronić przed całym złem świata. Zazdroszczę jej, że ma takiego chłopaka przy swoim boku.
- Zbierasz się już? - Melodyjny głos dotarł do moich uszu. Odwróciłam się i ujrzałam okularnika, który miał rozpiętą koszulę i roztargane włosy. Widać, że stał ledwie na nogach, a przed nim było jeszcze posprzątanie po imprezie.
- Tak, jest już późno, a moja mama chyba wytargała sobie wszystkie włosy. Boję się, co będzie, gdy wrócę do domu. - Uśmiechnęłam się i wzięłam swoją torbę.
- Dobra, to poczekaj chwilę i już z tobą idę - powiedział James i poleciał do domu. Za dwie sekundy wrócił ze swoją czarną bluzą i mi ją wręczył. - Załóż, jest ci na pewno chłodno - odparł i potargał bardziej swoją czuprynę. - To gdzie się teleportujemy? - zapytał i podał mi swoje ramię.
- Ale sama trafię do domu, nie musisz mnie odprowadzać - rzekłam i założyłam duże ubranie chłopaka.
- Nie ma mowy! Będę spokojniejszy, gdy wrócisz do domu ze mną - powiedział i spojrzał wymownie na swoje ramię. Ja głośno westchnęłam i pokręciłam głową. Chwyciłam jego dłoń i już po chwili staliśmy naprzeciw mojego małego, skromnego domku.
- To już tu - powiedziałam i spojrzałam na zaświecone światło w kuchni. - Moja mama jeszcze nie śpi. Aż boję się tam wchodzić - odparłam, a James parsknął śmiechem.
- Jak chcesz, to mogę porozmawiać z twoją mamą i przeprosić za to, że tak późno wracasz - odparł i spojrzał na mnie czekoladowymi oczami.
- Nie, dam sobie radę. Dziękuję za zaproszenie na tą imprezę. Trochę się odprężyłam przed kolejnym rokiem szkolnym. Nie wiem jak sobie z tym wszystkim poradzę - powiedziałam i spuściłam wzrok. James chwycił delikatnie mój podbródek i zaczął przyglądać się moim piegom na nosie.
- Rok temu dałbym wszystko za tą chwilę - powiedział rozmarzonym głosem. Po chwili zamknął oczy i włożył ręce do kieszeni. Spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem i po prostu krzywo się zaśmiał. - Lily, chcę cię przeprosić - odparł tym razem skruszonym głosem - za te parę lat oczerniania ciebie i dziecinnego podrywu. Wiem, że to było okrutne wobec ciebie. - Niespotykane. James Potter, stojący przed moim domem i przepraszający za wcześniejsze lata. - Obiecuję, że nigdy to się nie powtórzy - powiedział, a po chwili dotarł do mnie sens tych słów. Już nie był we mnie zakochany, już nie chciał cierpieć z mojego powodu. Czyli Anastazja miała rację. Powinnam się cieszyć, że w końcu da mi spokój, ale gdy dopuściłam do siebie tę myśl, nie umiałam wyobrazić sobie mojego życia bez tych wszystkich odzywek Jamesa. - Mam nadzieję, że mi wybaczysz i zostaniemy przyjaciółmi. Co ty na to? - zapytał, a ja czułam jak fala gorąca zalewała moje ciało. Nie wiem co mi się działo, ale było to najdziwniejsze uczucie na świecie. Odszukałam jego szczęśliwy wzrok i zrozumiałam, że mówił prawdę.
- Wybaczam. I tak James, zostańmy przyjaciółmi - powiedziałam, a on delikatnie mnie przytulił.
- Tak się cieszę Lily - szepnął mi do ucha i wypuścił mnie z jego uścisku. - To do zobaczenia w pociągu. Śpij dobrze - powiedział i zniknął.
Gdy wchodziłam do domu, nie słyszałam krzyków mojej zdenerwowanej mamy. Coś jej odburknęłam i poszłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko, a natłok myśli nie pozwolił mi zasnąć do rana.
Zapraszam komentowania! Szczęśliwego Nowego Roku!

Rozdział 16

Wakacje między szóstą a siódmą klasą powinny być niezapomniane, szalone i niesamowite. To o nich będę wspominać przez resztę życia, bo będą mi przypominały lata młodości i beztroski. Dwa miesiące odpoczynku od szkoły były dla mnie katorgą i męczarnią. Nigdy tak bardzo się nie nudziłam. Nie miałam kontaktu z żadną osobą z Hogwartu, oprócz z Dorcas, który wysyłała mi długie listy, w których opisywała historie prosto z gorącej Hiszpanii. Byłam pewna, że James napisze do mnie, tak jak zwykł to robić. Jak bardzo się zdziwiłam, gdy przez dwa miesiące jego czarna sowa nie pojawiła się w moim domu. Oprócz krótkich spacerów wokół osiedla i czytania książek nie robiłam nic ciekawego. Kontakty z Petunią ani trochę się nie polepszyły, a rozmowy z mamą sprawiają mi coraz więcej bólu, bo czułam, jak na siłę chciała zrobić ze mnie osobę taką, jak ona.
W ostatnim tygodniu sierpnia postanowiłam zrobić małe zakupy przed siódmą klasą, więc wybrałam się na Pokątną. Wstałam wcześnie rano, ubrałam zwiewną sukienkę w kwiaty, porwałam ze stołu tosta z dżemem i wyszłam z domu. Pogoda była przepiękna, słońce widniało na niebie w towarzystwie białych chmur. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę Londynu. Po kilkunastu minutach weszłam w całkowicie inny świat. Czarodzieje biegali od sklepu do sklepu ciągnąc za sobą swoje dzieci, które nie były zadowolone z zakupów szkolnych. Nad głowami latały zaczarowane, papierowe samolociki. Weszłam do księgarni Esy i Floresy w celu zakupienia nowych książek potrzebnych na ostatnim roku. Spędziłam tam kilka godzin czytając coraz to ciekawsze egzemplarze, ale niestety miałam ograniczony fundusz. Przygnębiona wyszłam ze sklepu i skierowałam swe kroki w stronę lodziarni, bo promienie słoneczne stawały się coraz bardziej nieznośne. Otworzyłam drewniane drzwi kawiarenki i poczułam zapach mięty i czekolady. Gdy podeszłam do lady pełnej lodów, usłyszałam rozmowy i głośny śmiech. Odwróciłam się w stronę źródła hałasu i zamarłam. Przy małym stoliku siedziała Dorcas z chłopakami oraz odwrócona do mnie tyłem osoba. Miała krótkie, prawie że białe włosy, a swoją dłoń trzymała na ramieniu Jamesa. On patrzył się na nią z wielkim uśmiechem tak samo jak pozostali. Śmiejąc się głośno okularnik odchylił głowę do tyłu i mnie zauważył.
– Lily! - krzyknął. Speszył się swoją reakcją, w końcu nie odzywał się do mnie przed wakacjami. Spuścił wzrok i nerwowo pocierał ręce.
– Co tak stoisz? - krzyknęła Dorcas. – Usiądź z nami. Poznasz najlepszą przyjaciółkę Jamesa. Nie uwierzysz, ona wie o nim wszystko! - Uśmiechnęła się i dostawiła jedno dodatkowe krzesło obok siebie. Nieśmiało postawiłam kroki do przodu i usiadłam obok przyjaciółki. Speszona, powoli spojrzałam na ową dziewczynę. Jej błękitne oczy otulone były przez gęste, czarne rzęsy. Na ustach miała różową pomadkę, która podbijała jej lekko brązową cerę. Przeczesała dłonią swoje falowane włosy i powiedziała:
– Ty jesteś pewnie Lily. - Podała mi swoją drobną dłoń i delikatnie potrząsnęła. – Jestem Anastazja. James i Syriusz dużo mi o tobie mówili, ale nie wierzyłam im na słowo, że masz taką piękną i niespotykaną urodę. - Uśmiechnęła się do mnie szeroko pokazując szereg śnieżnobiałych zębów.
– Dziękuję, to miłe - powiedziałam z rumieńcami na twarzy. – Za to ja o tobie w ogóle nie słyszałam.
– Wiem, nikt mnie do tej pory nie znał. Nie wiem, James od zawsze ma tendencję do ukrywania mnie przed światem. Prawda? - powiedziała do siedzącego obok niej okularnika i olśniewająco się uśmiechnęła. On odpowiedział jej tym samym i objął ramieniem jej krzesło. – No widzicie? Robi ten gest prawie od dziesięciu lat. Weź tą rękę, nic mi się nie stanie.
– Wiem, ale jestem pewniejszy, że nic głupiego nie zrobisz - powiedział i uśmiechnął się do blondynki. Anastazja zmrużyła oczy i zrobiła groźną minę. Syriusz parsknął śmiechem widząc, jak dziewczyna się wygłupia, a za nim poszli Remus i Dorcas.
Gdy wyszliśmy z lodziarni, czułam się wyobcowana, bo nikt ze mną nie rozmawiał, a jak już się włączałam do rozmowy, temat schodził na Anastazję. Z miejsca jej nie polubiłam. Wydaje się być miła i bardzo sympatyczna, ale wkurza mnie to, że wszyscy dookoła ją lubią. Widać, że jest bardzo ważną osobą w życiu Jamesa, czego jej zazdrościłam.
– Co się tak nie odzywasz? - spytała Dorcas. Nawet nie zauważyłam, kiedy odłączyłam się od grupy nastolatków.
– Nie mam za bardzo o czym z wami rozmawiać. Nie znam się z Anastazją, a w jej obecności czuję się obco. Lubicie się, nie chcę się wpychać do paczki.
– Lily, nie przesadzaj. Poznałam Anastazję niedawno, a czuję jakby od dawna. Jest bardzo rozrywkową i niesamowitą osobą - krzyknęła entuzjastycznie. – Na pewno się polubicie. Ej! Poczekajcie na mnie i na Lily. - Znowu krzyknęła i tym razem czworo chłopaków i blondynka się odwrócili.
– Trzeba było urosnąć, Dorcas. Miałabyś dłuższe nogi - powiedział Syriusz, po czym dostał po głowie od brunetki.
– Igrasz z ogniem Syriuszu Black - wysyczała Dorcas z delikatnym uśmieszkiem na twarzy. Całej sytuacji przyglądał się James, który nerwowo poprawiał swoje okulary.
– Dobra, nie skaczmy sobie do gardeł, Dorcas - powiedział James z naciskiem na ostatnie słowo. Dziewczyna opanowała swoje emocje i spojrzała się na Anastazję. – Dotknijcie mojej dłoni i przeteleportujemy się do mojego domu.
Stałam z boku i przyglądałam się, jak wszyscy zgodnie trzymali się ramienia Jamesa. Uśmiechnęłam się na widok stojących nastolatków. Już miałam się odwracać, gdy okularnik złapał moją dłoń i zabójczo się uśmiechnął. Poczułam ścisk w okolicy żołądka i przed moimi oczami ukazał się ogromny dworek.
– Witam w moim domu, Lily - powiedział do mnie James i otworzył żelazną furtkę. Anastazja z resztą wbiegli na zadbany trawnik i zaczęli głośno się śmiać i tańczyć. Przez chwilę patrzyłam na wysoki żywopłot, który ogradzał posiadłość Potterów, po czym weszłam na plac. Dorcas uśmiechnęła się i podbiegła do mnie. Mocno przytuliła i szepnęła do ucha, że spędzę z nimi niezapomniany dzień. Spojrzałam na leżącego Syriusza, który próbował przewrócić Petera; Remusa, który wąchał bordowo-czarne róże; Anastazję, która podbiegła do Jamesa i szarpnęła go za włosy. Tak, Dorcas miała rację. Ten dzień będzie niesamowity.

Dawno, dawno mnie tu nie było. Przepraszam bardzo za to. Dodaję taki rozdział na święta - prezent ode mnie dla Was. Mile widziane komentarze ;)