Kiedyś usłyszałam bardzo mądre słowa: docenisz daną rzecz, gdy ją stracisz. Powiedziała to moja siostra, gdy latem bawiłyśmy się na łące. Pamiętam to jak dziś. Słońce ogrzewało pełne policzki, a delikatny wiatr rozwiewał nam włosy. Czułam się wtedy taka bezpieczna, kochana. Gdy straciłam Petunię, płakałam w poduszkę całą noc. Dotarło do mnie, że już nigdy moja siostra nie spojrzy na mnie przepełnionymi miłością oczami. Dopiero gdy sobie to uświadomiłam, poczułam ogromną pustkę po tym, czego nie ma i nie będzie.
Do ośrodka przybyłam w dzień rozmowy z dyrektorem. Było to miejsce, gdzie mugole oddawali swoich starych rodziców, gdy nie mogli się nimi opiekować. Ja miałam być ich opiekunką, rozmawiać i zajmować się nimi. Nie wiedziałam ile tu będę, ale czułam, że szybko do Hogwartu nie wrócę.
Gdybym miała teraz siedzieć w Wielkiej Sali i patrzeć na roześmianych uczniów, którzy cieszyli się pełnią życia - rozpłakałabym się. Nie dałabym sobie rady z myślą, że chciałam im to odebrać. Drugą sprawą są moi byli przyjaciele. Jedno spojrzenie od nich, a wszystko bym wyczytała: ból, cierpienie, złość, nienawiść. Mój koszmar, który często nawiedzał mnie w nocy, stałby się prawdą. Najbliższe mi osoby odwrócą się ode mnie, gdy dowiedzą się, co chciałam zrobić. Doskonale wiem, że nie zasługuje na nic, co dobre.
***
- Witajcie moi drodzy w Nowym Roku! Mam nadzieję, że wypoczęliście w gronie rodziny i jesteście pełni energii, by zacząć nowy semestr. - Donośny głos Dumbledore'a wypełnił Wielką Salę. Dopiero gdy przekroczyłem ponownie próg Hogwartu, zauważyłem, jak bardzo za nim tęskniłem.
To były piękne święta. Spędziłem cudowny czas z moimi kochanymi przyjaciółmi. Tylko dzięki nim czerpię radość z życia i to oni dają mi nadzieję na lepsze jutro.
Wszystko byłoby idealne, gdyby nie jeden aspekt. Oprócz chłopaków i Dorcas, moją bliską przyjaciółką jest Lily. Rozumiemy się jak nikt. Doskonale wiem, kiedy ma zły humor i potrzebuje wsparcia, a kiedy pragnie chwili spokoju.
Widziałem, że przez ostatnie kilka miesięcy się zmieniła. Zauważyłem jej inne zachowanie, a nic nie zrobiłem, aby dowiedzieć się co się dzieje. Jako przyjaciel powinienem. Nie ważne, że nie chciała ze mną rozmawiać, nie chciała mnie znać. Gdy domyśliła się, że jestem wilkołakiem, nie opuściła mnie. Powinienem zrobić tak samo i nigdy się od niej nie odwrócić.
Z przemyśleń wyrwał mnie dźwięk sztućców. Obok mnie Peter zajadał się schabem ze śliwką, a naprzeciwko James i Syriusz gorączkowo szeptali. Dorcas siedziała kilka siedzenia dalej z koleżankami. Wypatrywałem rudej czupryny, ale nigdzie nie mogłem jej zauważyć. Mój wzrok spoczął na roześmianej twarzy Jamesa. Znowu coś z Łapą kombinowali. Zawsze ci dwaj trzymali się razem. Wszystko robili wspólnie. Ale od pewnego czasu Rogacz inaczej się zachowuje. Nie mogę powiedzieć, że wydoroślał, ale spoważniał i do niektórych spraw nie podchodzi jak stary, zwariowany James. Jak byliśmy w domu u Rogacza, podsłuchałem jego rozmowę z Syriuszem. Sposób, jaki James wypowiadał się o Lily byl jednocześnie piękny, ale i smutny. W chwili, gdy powiedział, że ją prawdziwie kocha zdałem sobie sprawę z jego uczucia. Jest to ogromne poświęcenie, zrezygnować ze swojego szczęścia na rzecz ukochanej osoby.
Po nieudanych poszukiwaniach nałożyłem sobie jedzenia i zacząłem pałaszować. Byłem głodny jak wilk, dosłownie.
- Znowu trzeba się uczyć... Ta przerwa świąteczna tak szybko minęła - westchnął Black i ciężko opadł na fotel w Pokoju Wspólnym. Na podłokietniku usiadła Dorcas ze wzrokiem utkwionym nad kominkiem.
- A ja się zastanawiam od początku kolacji gdzie jest Lily. Dziewczyny mówiły, że od Sylwestra jej nie widziały. A jak coś się jej stało? Ten Hodder jest taki podejrzany. - Oczy już się jej zaszkliły, a ręce nerwowo się zatrzęsły.
- Oh, daj spokój z tą rudą lalą. Nie jest warta twoich łez ślicznotko. - Na dźwięk tego zdrobnienia Glizdogon niespokojnie poruszył się na kanapie. Chłopak już otwierał usta, ale przeszkodziło mu nagłe wtargnięcie profesor McGonagall.
- Potter, Black, Lupin, Pettigrew, Meadowes, do dyrektora. I to natychmiast. - Po czym zarzuciła swoją długą szatą i wyszła z Pokoju Wspólnego. My, czym prędzej ruszyliśmy do gabinetu Dumbledore'a.
W środku było bardzo przytulnie. Chociaż bywaliśmy tutaj stałymi bywalcami ze względu na pogadanki na temat kawałów, gabinet cały czas zmieniał swoje wnętrze.
- Usiadźcie moi drodzy. - Wskazał na krzesła naprzeciw swojego fotela, ale on sam nie usiadł. - Mam dla was pewną informację. Uważam, że was dotyczy.
- Panie dyrektorze, jeśli chodzi wygolenie kotki pana Filcha, to nie była ich wina, tylko moja. - Syriusz wskazywał palcem na siebie i błagalnym wzrokiem patrzył na dyrektora.
- Nie o to mi chodziło panie Black, ale dziękuję za przyznanie się. Kara będzie później wydzielona. - Uśmiechnął się i rzekł - Sprowadziłem was tutaj z powodu Lily.
- Jeżeli szedłem tutaj tylko po to, aby słuchać co stało się tej rudej, wrednej dziewczynie, to chcę już stąd wyjść! - Syriusz gwałtownie wstał i patrzył złowrogo na Dumbledore.
- Syriusz, siadaj. Nie robisz na nikim wrażenia - rzekł spokojnie James. - Niech profesor wybaczy, mój przyjaciel przechodzi trudny okres dojrzewania. Rozumie pan, dzieci. - Na dźwięk tego dobrego żartu cichutku zaśmiałem się pod nosem. Zauważyłem, że dyrektor także miał delikatny uśmiech na ustach.
- Dziękuję panie Potter. Wracając do Lily, mam dla was jednocześnie smutną i radosną wiadomość. Podczas waszej nieobecności, w Hogsmeade doszło do włamania i ataku na starszego sprzedawcę. Sprawcy chcieli wykraść bardzo czarnomagiczny eliksir, który powoli i na pierwszy rzut oka niezauważalnie niszczy wszystkie komórki nerwowe człowieka i doprowadza do śmierci. Dokonali tego dwaj nasi uczniowie. - Spojrzałem ze strachem na Dorcas, a ona, jak w transie, delikatnie kiwała głową. - Byli to Lily i Jack Hodder.
Tego było już za wiele. Jak Lily mogła taką straszną rzecz zrobić? Sam gwałtownie wstałem i chciałem coś powiedzieć, ale dyrektor uciszył mnie jednym skinieniem dłoni.
- Dajcie mi dokończyć! Obserwowałem Lily od dłuższego czasu i zauważyłem zmianę w jej zachowaniu. Coraz częściej spotykałem ją, jak sama przechadzała się po zamku. Pewnej nocy odbyłem z nią rozmowę i uwierzcie mi, zobaczyłem w niej dawną Lily. Owszem, razem z Jackiem wtargnęła na teren sklepu, ale potem uratowała sprzedawcę, a Hoddera oddała w moje ręce.
- Dla kogo przeznaczony był ten straszny eliksir? - spytał się drżącym głosem Peter.
- Całą tę akcję zaplanował Lord Voldemort. Jak wiadomo, od początku swojej działalności chce mnie zgładzić. - Obrócił się do nas plecami i powiedział - był to eliksir dla mnie.
W gabinecie zapadła grobowa cisza. Każdy z nas analizował każde słowo wypowiedziane przez profesora. Jeżeli to wszystko jest prawda, nikt nie jest już bezpieczny.
- Oczywiście, pana Hoddera ukarałem pobytem u moich znajomych, będzie pomagał im w codziennych czynnościach. - Zadziwiające, jak Dumbledore umie zmienić temat. - Lily także musiała odbyć swoją karę. Zaproponowałem jej wyjazd z Hogwartu do ośrodka, gdzie będzie opiekować się starszymi ludźmi. Zgodziła się i natychmiast po naszej rozmowie spakowała walizki i wczoraj opuściła teren Hogwartu.
- Ale dlaczego tak szybko chciała wyjechać? Chcemy z nią porozmawiać. Przecież wybaczylibyśmy jej, przyjęlibyśmy ją spowrotem do nas! - tym razem James zabrał głos i żałośnie patrzył w kierunku profesora.
- Uważam, ze potrzebowała tego. I uprzedzając wasze pytania, wróci wtedy, kiedy poczuje się na siłach stanąć przed wami. Rozmowę uważam za zakończoną. - Pokazał nam dłonią drzwi i powiedział - tylko proszę, nie rozpowiadajcie tego po całej szkole. Dobranoc.
Jak jeden mąż wstaliśmy z krzeseł i skierowaliśmy się ku wyjściu. Drogę do dormitorium przebyliśmy w ciszy. Żadne z nas nie mogło uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszało. Jednocześnie, byłem wkurzony na Lily za napad na ten sklep, ale i dumny, że w samą porę zorientowała się, że robi źle.
- Co o tym myślicie chłopaki? - spytała się Dorcas, gdy już dotarliśmy do Pokoju Wspólnego.
- Może uratowała tego sprzedawcę, ale to nie zmienia faktu, że prowadziła się z wrogiem jednocześnie nas zdradzając. Nie wierzę, że tak nagle do nas powróciła - rzekł niedbale Syriusz po czym położył na stole nogi.
- Ale skąd wiesz, że już od dłuższego czasu zrozumiała swój błąd, ale nie wiedziała, jak go naprawić?
- Glizdogon, zamknij się... - odpowiedział Black i już miał coś dopowiedzieć, ale cichy głos z głębi pomieszczenia mu przerwał.
- Stop. Nie możemy wyciągać żadnych wniosków. Wszystkiego dowiemy się od Lily, gdy wróci. Mam nadzieję, że postąpicie jak ja, i przyjmiecie ją z otwartymi rękami. Przyjaciołom zawsze trzeba wybaczać. Zapamiętajcie to. - Wstał z fotela, włożył ręce do kieszeni, popatrzał na nas swoimi orzechowymi oczami i ruszył do swojego Dormitorium. Po tym wszystkim Syriusz wybiegł zdenerwowany z Pokoju Wspólnego, a Dorcas i Peter siedli razem na kanapie i cicho rozmawiali.
Po kilkunastu bezczynnych minutach wspiąłem się do Dormitorium. James, który chwilę temu był nadwyraz spokojny, teraz siedział z założonymi rękami na parapecie. Podszedłem do niego kładąc mu dłoń na ramieniu. Momentalnie podniósł wzrok na mnie i już wszystko wiedziałem. W jego oczach dostrzegłem żal, ból, cierpienie. Na co dzień nosił żelazną maskę, która skrywała jego cierpienia. Przed chwilą, tam w Pokoju Wspólnym, był taki pewny siebie i spokojny. Jaki ze mnie przyjaciel, że nie zauważyłem, że coś jest nie tak.
- Rogacz, co się dzieje? - spytałem się powoli czekając na reakcję czarnowłosego. Nie robiąc gwałtownych ruchów usiadłem obok Jamesa na parapecie.
- Już nie wiem co czuję Luniek. Z jednej strony ogromnie się cieszę, że Lily jest po naszej stronie. To jest cudowne. Z drugiej strony, wiem, że jak tu wróci, nic między nami się nie zmieni. Dalej będzie patrzyła na mnie tak, jak wcześniej. Dalej będzie nagradzała mnie szlabanami za najmniejszy żart. Dalej mnie nie... - Zawahał się i widziałem, że sprawia mu to cierpienie. - Dalej mnie nie pokocha.
- Nie możesz się załamywać James. Jesteś świetnym chłopakiem i uwierz mi, jest masa dziewczyn, które marzą, żeby być z tobą.
- Ale ja chcę być tylko z nią! - żałośnie krzyknął i gorzko zaszchlochał.
- Nie zawsze dostajemy od losu to, co chcemy. - Na myśl o moim wilkołactwie wstrząsnął mną dreszcz. James to zauważył i po chwili zamknęliśmy się w męskim uścisku. Żadnych słów już nie potrzebowaliśmy. Wystarczyła nam nasza obecność.
- Remus - rzekł James delikatnie zmniejszając uścisk - dzięki za rozmowę. Od wielu miesięcy, ale też dzięki rozmowie z tobą, uświadomiłem sobie jedną rzecz. Miłość nie jest jednostronna. Aby była prawdziwa, obie strony muszą się kochać. Ja wiem, że Lily mnie nigdy nie pokocha. Dlatego pozwolę jej na szczęście z innym chłopakiem. Mam nadzieję, że będzie szczęśliwa bardziej niż ja. - Ostatnie słowa wyszeptał tak cicho, że tylko ja i on mogliśmy to usłyszeć. W tamtej chwili zrozumiałem, jak wielką miłością obdarza Lily i jak bardzo się dla niej poświęca. Delikatnie wzruszony wstałem z parapetu, znowu położyłem dłoń na jego ramieniu i ruszyłem do swojego łóżka. Jedynie sen może zakończyć ten pełen wrażeń dzień.
Tak jak już mówiłam, w wakacje rozdziały będę co tydzień. Przynajmniej się postaram.
Zapraszam każdą osobę czytającą do zostawienia komentarza. Proszę.
niedziela, 3 lipca 2016
sobota, 25 czerwca 2016
Rozdział 9
Ludzie wyróżniają się na tle innych zwierząt tym, że mają wybór. Jednak nigdy się nie dowiedzą, co by było, gdyby wybrali inną opcję.
Wmawiałam sobie przez dłuższy okres czasu, że ja nie miałam wyboru, że tak musiało się stać. Oprócz ludzi dookoła mnie okłamywałam samą siebie. Teraz wiem, że postąpiłabym inaczej, zmieniłabym bieg wydarzeń. Nie zraniłabym bliskich sobie przyjaciół, nie zawiodłabym nauczycieli. Teraz to zrozumiałam, ale czy to ważne?
Trzydziesty pierwszy grudnia nadszedł niesamowicie szybko. To dzisiaj miała się odbyć misja, w której brałam udział. Gdy otworzyłam oczy tego ranka, mój wzrok przykłuły ciemne chmury krążące nad Hogwartem. Ta pogoda doskonale odzwierciedlała mój nastrój. Ziewnęłam i powoli wstałam z łóżka kierując się do łazienki. Gdy spojrzałam w lustro, zobaczyłam najgorszy widok w moim życiu. Przede mną stała dziewczyna wyglądająca dokładnie tak samo jak ja, ale to nie była Lily Evans. To był potwór, który będzie przyczyniał się do siejenia zła, rozlewu krwi i śmierci. Brzydziłam się swoim ciałem, umysłem, duszą. Mogłam w tej chwili umrzeć i doskonale wiedziałam, że nikt by po mnie nie zapłakał.
Cały dzień spędziłam w moim dormitorium samotnie. Nie chciałam widzieć żadnego ucznia, nie umiałabym spojrzeć mu w oczy.
Po dłuższym rozmyślaniu postanowiłam posprzątać w swoim kufrze. Znalazłam szukaną kiedyś przeze mnie książkę i apaszkę Dorcas, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Moją uwagę zwróciło zdjęcie naszej niegdyś nierozłącznej paczki: Dorcas przytulającej się z Peterem, Syriusza tarzającego się ze śmiechu na trawie, Remusa z książką i mnie, gdzie James stał z tyłu i robił mi rogi. Zdjęcie to zrobiła nam McGonagall na pamiątkę naszej przyjaźni. Gorycz wypełniła moje serce na myśl, że zdradziłam moich przyjaciół. Gdybym potrafiła, cofnęłabym czas i postąpiła zupełnie inaczej.
Z Jackiem umówiłam się o dwudziestej przed wejściem do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Misja dokładnie zaczynała się o północy, wtedy wszyscy będą spać i będziemy mogli w spokoju działać. Do tej pory Hodder nie powiedział mi, co będę robić. Nie mogąc już wytrzymać z nerwów, wyszłam godzinę wcześniej i ruszyłam w kierunku lochów. Tej nocy księżyc i gwiazdy zostały przysłonięte przez chmury. Gdy byłam już obok wejścia usłyszałam rozmowę między dwoma chłopakami. Schowałam się za ścianą tak, by mnie nie zauważyli.
- A jak ten starzec nie odda tego eliksiru? Co wtedy zrobimy? - Usłyszałam męski szept.
- Wtedy go będziesz musiał zabić Hodder. Nie ma innego wyboru. Dobrze wiesz, że ten eliksir to jedyna szansa, by zabić tego głupca Dumbledore'a. Wtedy Voldemort przejmie szkołę i wytępi z niej mugolaków i mieszańców. Musisz go zabić.
- Albo zrobi to Evans, będzie miała lepszy start u Czarnego Pana. - Ten sam męski, ale już drżący szept rozniósł się po korytarzu. Już wiedziałam do kogo należy. Jak on mógł tak pomyśleć? Nie zabije żadnego człowieka. Nie pozwolę na to, za długo patrzyłam, jak oddalają się ode mnie moi bliscy. I do tego Dumbledore. Muszę go ostrzec!
Ile sił w nogach wybiegłam z lochów w kierunku gabinetu dyrektora. Gdy stanęłam przed drzwiami, zorientowałam się, że nie znam hasła, ale nagle wejście samo się otworzyło i weszłam do środka. Od ostatniego razu gdy tu byłam, nic się nie zmieniło. Na ścianach wisiały obrazy z byłymi dyrektorami Hogwartu, a Fawkes słodko spał. Zauważyłam Dumbledore'a stojącego przy oknie. Był taki spokojny, nie mający pojęcia o nadchodzącym niebezpieczeństwie.
- Dobry wieczór panie dyrektorze.
Dumbledore natychmiast się obrócił i spojrzał na mnie zdziwionymi oczami.
- Witaj Lily. Długo na ciebie czekałem. Co cię do mnie sprowadza?
- Popełniłam błąd - mówiąc to, czułam się jak zdrajca. - Podjęłam wiele złych decyzji. Brzydzę się sobą. Może mi dyrektor nie uwierzyć, ale Ślizgoni mają jakąś misję powierzoną od samego Voldemorta. - Twarz Dumbledore'a zmieniła się z łagodnej na wystraszoną. - Nie wiem dokładnie na czym polega, ale mają coś ukraść, a potem... - słowa ugrzęzły mi w gardle - mają Pana zabić.
Kończąc moją wypowiedź miałam łzy w oczach. Gdy w końcu odważyłam się podnieść wzrok, spotkało mnie niemałe zaskoczenie. Dumbledore patrzył się na mnie z pełnym uśmiechem na twarzy, a w oczach zauważyłam wesołe iskry.
- Wiesz dlaczego zamiast panikować, cieszę się niemiłosiernie? - Pokiwałam przecząco głową. - Moja droga, jesteś jedną z najzdolniejszych uczniów tej szkoły. Miałaś w swoim życiu upadki, ale pamiętaj, po burzy zawsze następuje tęcza. Cieszę się, że mi to wszystko powiedziałaś, ale najbardziej raduje mnie fakt, że w końcu jesteś z nami Lily. - Wziął głęboki oddech i rzekł - nawet nie masz pojęcia, jak ważną osobą jesteś w magicznym świecie.
- Po tym, jak się zachowywałam, powinnam wrócić do mugolskiego świata z wyczyszczoną pamięcią.
- Wiesz, też kiedyś popełniłem błąd, którego brzydzę się do dziś. Ale w porę się zreflektowałem, i teraz jestem tu, gdzie jestem. Pamiętaj, jesteś bardzo wartościową czarownicą. - Spojrzał na mnie przepełnionymi miłością oczami. - Dobra, koniec tego dobrego, trzeba przygotować plan. I ty - wskazał na mnie palcem - mi pomożesz.
Wieczór był nieprzyjemnie chłodny, a ciemne chmury dalej zakrywały księżyc. Zapowiadało się coś naprawdę strasznego.
Zziębnieta, dygocząca ze strachu szłam szybkim krokiem za Jackiem, Lucjuszem i Bellatriks. Trójka Ślizgonów szła razem na przodzie cicho ze sobą rozmawiając. Gdy dotarliśmy za bramy Hogwartu, Jack złapał mnie za rękę i popatrzył na mnie podnieconym wzrokiem. Po chwili poczułam dziwne skręcenie żołądka, jakby ktoś mnie zmiażdżył do rozmiaru muchy. Otworzyłam oczy i zobaczyłam dotąd nieznaną mi ulicę.
- Gdzie jesteśmy Jack?
- Ulica Śmiertelnego Nokturnu. - Coś ta nazwa mi mówiła, ale nie wiedziałam co. - Kierujemy się do sklepu Borgina i Burkesa.
Sklep, o którym mówił Hodder nie zachęcał do wejścia i do zakupu. Był to dosyć zaniedbany lokal z dziwnymi rzeczami na wystawie. Dzięki nałożonej na mnie nawigacji Dumbledore widział, gdzie jestem. Teraz czekać tylko rozwinięcie akcji.
- Hodder, Evans! Wchodzicie pierwsi, grzecznie prosicie o eliksir, a my stoimy na czatach - syknęła Bellatriks i dosyć mocno popchnęła mnie do przodu.
Drżącymi dłońmi pchnęłam ciemne drzwi sklepu i powoli weszłam. Za mną szedł, równie wystraszony, Jack. W całym pomieszczeniu panował mrok, a zapach stęchlizny drażnił nos. Jedynie mała lampa stała na ladzie w środkowej części lokalu. Podeszłam do owej lady i zadzwoniłam dzwoneczkiem, który sygnalizował przybycie klienta. Od razu, jakby spod ziemi, wyrósł sprzedawca, jak się potem okazało, Bill Larson. W słabym świetle lampy widziałam jego szramę na czole, która ciągnęła się za ucho; jego skóra wyglądała, jakby była w trakcie gnicia, tak samo jak cały ten sklep; usta wykrzywione były w uśmiechu, który przez wyszczerbione zęby wyglądały na krzywy grymas.
- Czego? - Gardłowy, nieprzyjemny głos dotarł do moich uszu. Mimowolnie przeszedł mnie dreszcz, gdy pomyślałam o tym, że to może są ostatnie słowa pana Billa.
- Poproszę Perdecellam Nervus*.
- Czy ty wiesz co to jest? Jakie są skutki jego użycia? Nigdy Ci tego nie dam, nigdy! - Pan Larson wpadł w furię, wszystkie rzeczy, co były na ladzie zrzucił ręką, a towarzyszyły temu wyzwiska w naszym kierunku. Nagle mój chłopak syknął:
- Nie ruszaj się, Bill. Chyba, że chcesz umrzeć. - Zauważyłam w ciemności wyciągniętą różdżkę Hoddera skierowaną w sprzedawcę.
- Nic mi nie zrobisz. Jesteś słabym robakiem, który ten, kto cię przysłał zgniecie butem. A gdy nie dostaniesz tego eliksiru, tak właśnie się stanie. - Głos starca był mocny i potężny, roznosił się po całym sklepie i wydawało się, że po całej Ulicy Śmiertelnego Doktrynu. - Celuj prosto w mą pierś chłopcze.
Gdy Jack wypowiadał niewybaczalne zaklęcie, coś we mnie pękło. Nie wiem co to było, ale czułam jakby niewidzialna siła spływa na mnie tworząc z wystraszonej dziewczyny silną czarownicę. W jednym momencie przystawiłam końcówkę mojej różdżki do gardła Hoddera i powiedziałam:
- Odłóż różdżkę Jack i wróćmy do Hogwartu. Nikomu nic nie powiem.
- Co?! Mam wrócić do Hogwartu? Nie mam po co wracać bez tego eliksiru! Nie rozumiesz?! On mnie zabije. Pomóż mi, Lily! - Pełne żalu oczy Jacka prosiły mnie o pomoc. Miałam ogromne wahania, ale zdecydowanym ruchem różdżki odrzuciłam Jacka do tyłu tak, że wpadł na starą szafę jednocześnie zrzucając z niej dziwne substancje. Starzec był najwyraźniej w amoku, że nie zaczął krzyczeć o zniszczeniu jego sklepu.
Zaklęcie, które wypowiedziałam wyciągnęło ze mnie całą moc. Zachwiałam się niebezpiecznie upadając na zimną posadzkę sklepu. Z oczu płynęły mi łzy, a ból rozrywał moją głowę od środka. Siedziałabym tam wieki, dopóki czyjeś silne ręce mnie podniosły. Ciało odmawiało mi posłuszeństwa, więc skorzystałam z ramienia tejże osoby i z trudem wyszłam ze sklepu. Świeże powietrze od razy mnie ożywiło, a obraz się polepszył. Zauważyłam przed sobą nie kogo innego jak profesora Dumbledore'a.
Otworzyłam powoli oczy, ale musiałam je zamknąć pod wpływem jasnego światła. Ból głowy dalej mi doskwierał, ale czułam się dobrze.
- Dzień dobry Lily. - Miły głos Dumbledore'a dotarł do moich uszu.
- Co się stało dyrektorze? Gdzie jesteśmy? Co z Jackiem? Wszystko w porządku? - Potok pytań bez odpowiedzi nasuwała mi się na myśl.
- Jesteśmy w Hogwarcie, bezpieczni, nic nam nie grozi. Pan Hodder, no cóż, zostanie zawieszony w prawach ucznia oraz spędzi kilka miesięcy u moich znajomych charłaków jako pomoc domowa. Myślę, że to będzie dla niego wystarczającą kara. Widziałem także jakieś dwie osoby stojące przed sklepem, ale gdy tylko mnie zauważyły, szybko uciekły. - Zawiesił na chwilę głos, po czym rzekł - Lily, cieszę się, że tak postąpiłaś. Uratowałaś sporo istnień przez twój akt odwagi. - Spuściłam głowę z zarumienionymi policzkami.
- Dobrze pan wie, że nie zasługuje na pochwałę i nagrodę. Zachowałam się jak jedna z nich. Tak długo czekałam z tym, mogłam wcześniej o tym panu powiedzieć. - Łzy pomału spływały po gorących policzkach. Od pewnego czasu stałam się bardzo nerwowa i silne emocje wywołują u mnie płacz, przez co czuję się jak słaba, nic nieznacząca dziewczyna.
- Prawda, mogłaś. Ale w ostatnim momencie postąpiłaś słusznie i ogromnie się z tego cieszę. - Podniosłam głowę i posłałam delikatny uśmiech w stronę dyrektora. - Ale uważam, że powinnaś odpocząć od szkoły, od tych wszystkich wspomnień - zmarszczyłam brwi na słowa dyrektora. - Proponuję ci wyjazd na kilka miesięcy, tak samo jak u pana Hoddera. Będziesz mogła odpocząć, zregenerować siły, a przede wszystkim przemyśleć pewne sprawy, doskonale wiemy, o jakie sprawy chodzi. Oczywiście, ty jak i pan Hodder będziecie w innych miejscach. Myślę, że wyjdzie to na dobre.
- Zgadzam się, to najlepsze wyjście z tej sytuacji. - Musiałam przyznać, że ten pomysł mi się spodobał. - Czy mogłabym już dzisiaj wyjechać? Jutro wracają wszyscy do Hogwartu, nie chce się z nimi spotkać, nie dam rady spojrzeć im w oczy.
Dyrektor lekko skinął głową, po czym wstałam z fotelu i ruszyłam ku wyjściu z gabinetu. Jak najszybciej dotarłam do mojego dormitorium, spakowałam walizkę i byłam gotowa wkroczyć w nowy etap mojego życia. Obiecuję sobie, że niczego nie zepsuje i już nikt przeze mnie nie będzie cierpiał. Taki jest mój wybór i cokolwiek by się nie działo, nie będę go żałować.
* z łac. perdere - zniszczyć,
nervi cellam - komórka nerwowa.
Eliksir ten powoduje powolne niszczenie komórek nerwowowych, a następnie śmierć. Eliksir wymyślony przeze mnie.
Witajcie w kolejnym rozdziale! Mam nadzieję, że cieszycie się, że Lily spowrotem jest "normalna".
Zapraszam do głosowania, ale przede wszystkim do komentowania :)
Wmawiałam sobie przez dłuższy okres czasu, że ja nie miałam wyboru, że tak musiało się stać. Oprócz ludzi dookoła mnie okłamywałam samą siebie. Teraz wiem, że postąpiłabym inaczej, zmieniłabym bieg wydarzeń. Nie zraniłabym bliskich sobie przyjaciół, nie zawiodłabym nauczycieli. Teraz to zrozumiałam, ale czy to ważne?
Trzydziesty pierwszy grudnia nadszedł niesamowicie szybko. To dzisiaj miała się odbyć misja, w której brałam udział. Gdy otworzyłam oczy tego ranka, mój wzrok przykłuły ciemne chmury krążące nad Hogwartem. Ta pogoda doskonale odzwierciedlała mój nastrój. Ziewnęłam i powoli wstałam z łóżka kierując się do łazienki. Gdy spojrzałam w lustro, zobaczyłam najgorszy widok w moim życiu. Przede mną stała dziewczyna wyglądająca dokładnie tak samo jak ja, ale to nie była Lily Evans. To był potwór, który będzie przyczyniał się do siejenia zła, rozlewu krwi i śmierci. Brzydziłam się swoim ciałem, umysłem, duszą. Mogłam w tej chwili umrzeć i doskonale wiedziałam, że nikt by po mnie nie zapłakał.
Cały dzień spędziłam w moim dormitorium samotnie. Nie chciałam widzieć żadnego ucznia, nie umiałabym spojrzeć mu w oczy.
Po dłuższym rozmyślaniu postanowiłam posprzątać w swoim kufrze. Znalazłam szukaną kiedyś przeze mnie książkę i apaszkę Dorcas, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Moją uwagę zwróciło zdjęcie naszej niegdyś nierozłącznej paczki: Dorcas przytulającej się z Peterem, Syriusza tarzającego się ze śmiechu na trawie, Remusa z książką i mnie, gdzie James stał z tyłu i robił mi rogi. Zdjęcie to zrobiła nam McGonagall na pamiątkę naszej przyjaźni. Gorycz wypełniła moje serce na myśl, że zdradziłam moich przyjaciół. Gdybym potrafiła, cofnęłabym czas i postąpiła zupełnie inaczej.
Z Jackiem umówiłam się o dwudziestej przed wejściem do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Misja dokładnie zaczynała się o północy, wtedy wszyscy będą spać i będziemy mogli w spokoju działać. Do tej pory Hodder nie powiedział mi, co będę robić. Nie mogąc już wytrzymać z nerwów, wyszłam godzinę wcześniej i ruszyłam w kierunku lochów. Tej nocy księżyc i gwiazdy zostały przysłonięte przez chmury. Gdy byłam już obok wejścia usłyszałam rozmowę między dwoma chłopakami. Schowałam się za ścianą tak, by mnie nie zauważyli.
- A jak ten starzec nie odda tego eliksiru? Co wtedy zrobimy? - Usłyszałam męski szept.
- Wtedy go będziesz musiał zabić Hodder. Nie ma innego wyboru. Dobrze wiesz, że ten eliksir to jedyna szansa, by zabić tego głupca Dumbledore'a. Wtedy Voldemort przejmie szkołę i wytępi z niej mugolaków i mieszańców. Musisz go zabić.
- Albo zrobi to Evans, będzie miała lepszy start u Czarnego Pana. - Ten sam męski, ale już drżący szept rozniósł się po korytarzu. Już wiedziałam do kogo należy. Jak on mógł tak pomyśleć? Nie zabije żadnego człowieka. Nie pozwolę na to, za długo patrzyłam, jak oddalają się ode mnie moi bliscy. I do tego Dumbledore. Muszę go ostrzec!
Ile sił w nogach wybiegłam z lochów w kierunku gabinetu dyrektora. Gdy stanęłam przed drzwiami, zorientowałam się, że nie znam hasła, ale nagle wejście samo się otworzyło i weszłam do środka. Od ostatniego razu gdy tu byłam, nic się nie zmieniło. Na ścianach wisiały obrazy z byłymi dyrektorami Hogwartu, a Fawkes słodko spał. Zauważyłam Dumbledore'a stojącego przy oknie. Był taki spokojny, nie mający pojęcia o nadchodzącym niebezpieczeństwie.
- Dobry wieczór panie dyrektorze.
Dumbledore natychmiast się obrócił i spojrzał na mnie zdziwionymi oczami.
- Witaj Lily. Długo na ciebie czekałem. Co cię do mnie sprowadza?
- Popełniłam błąd - mówiąc to, czułam się jak zdrajca. - Podjęłam wiele złych decyzji. Brzydzę się sobą. Może mi dyrektor nie uwierzyć, ale Ślizgoni mają jakąś misję powierzoną od samego Voldemorta. - Twarz Dumbledore'a zmieniła się z łagodnej na wystraszoną. - Nie wiem dokładnie na czym polega, ale mają coś ukraść, a potem... - słowa ugrzęzły mi w gardle - mają Pana zabić.
Kończąc moją wypowiedź miałam łzy w oczach. Gdy w końcu odważyłam się podnieść wzrok, spotkało mnie niemałe zaskoczenie. Dumbledore patrzył się na mnie z pełnym uśmiechem na twarzy, a w oczach zauważyłam wesołe iskry.
- Wiesz dlaczego zamiast panikować, cieszę się niemiłosiernie? - Pokiwałam przecząco głową. - Moja droga, jesteś jedną z najzdolniejszych uczniów tej szkoły. Miałaś w swoim życiu upadki, ale pamiętaj, po burzy zawsze następuje tęcza. Cieszę się, że mi to wszystko powiedziałaś, ale najbardziej raduje mnie fakt, że w końcu jesteś z nami Lily. - Wziął głęboki oddech i rzekł - nawet nie masz pojęcia, jak ważną osobą jesteś w magicznym świecie.
- Po tym, jak się zachowywałam, powinnam wrócić do mugolskiego świata z wyczyszczoną pamięcią.
- Wiesz, też kiedyś popełniłem błąd, którego brzydzę się do dziś. Ale w porę się zreflektowałem, i teraz jestem tu, gdzie jestem. Pamiętaj, jesteś bardzo wartościową czarownicą. - Spojrzał na mnie przepełnionymi miłością oczami. - Dobra, koniec tego dobrego, trzeba przygotować plan. I ty - wskazał na mnie palcem - mi pomożesz.
Wieczór był nieprzyjemnie chłodny, a ciemne chmury dalej zakrywały księżyc. Zapowiadało się coś naprawdę strasznego.
Zziębnieta, dygocząca ze strachu szłam szybkim krokiem za Jackiem, Lucjuszem i Bellatriks. Trójka Ślizgonów szła razem na przodzie cicho ze sobą rozmawiając. Gdy dotarliśmy za bramy Hogwartu, Jack złapał mnie za rękę i popatrzył na mnie podnieconym wzrokiem. Po chwili poczułam dziwne skręcenie żołądka, jakby ktoś mnie zmiażdżył do rozmiaru muchy. Otworzyłam oczy i zobaczyłam dotąd nieznaną mi ulicę.
- Gdzie jesteśmy Jack?
- Ulica Śmiertelnego Nokturnu. - Coś ta nazwa mi mówiła, ale nie wiedziałam co. - Kierujemy się do sklepu Borgina i Burkesa.
Sklep, o którym mówił Hodder nie zachęcał do wejścia i do zakupu. Był to dosyć zaniedbany lokal z dziwnymi rzeczami na wystawie. Dzięki nałożonej na mnie nawigacji Dumbledore widział, gdzie jestem. Teraz czekać tylko rozwinięcie akcji.
- Hodder, Evans! Wchodzicie pierwsi, grzecznie prosicie o eliksir, a my stoimy na czatach - syknęła Bellatriks i dosyć mocno popchnęła mnie do przodu.
Drżącymi dłońmi pchnęłam ciemne drzwi sklepu i powoli weszłam. Za mną szedł, równie wystraszony, Jack. W całym pomieszczeniu panował mrok, a zapach stęchlizny drażnił nos. Jedynie mała lampa stała na ladzie w środkowej części lokalu. Podeszłam do owej lady i zadzwoniłam dzwoneczkiem, który sygnalizował przybycie klienta. Od razu, jakby spod ziemi, wyrósł sprzedawca, jak się potem okazało, Bill Larson. W słabym świetle lampy widziałam jego szramę na czole, która ciągnęła się za ucho; jego skóra wyglądała, jakby była w trakcie gnicia, tak samo jak cały ten sklep; usta wykrzywione były w uśmiechu, który przez wyszczerbione zęby wyglądały na krzywy grymas.
- Czego? - Gardłowy, nieprzyjemny głos dotarł do moich uszu. Mimowolnie przeszedł mnie dreszcz, gdy pomyślałam o tym, że to może są ostatnie słowa pana Billa.
- Poproszę Perdecellam Nervus*.
- Czy ty wiesz co to jest? Jakie są skutki jego użycia? Nigdy Ci tego nie dam, nigdy! - Pan Larson wpadł w furię, wszystkie rzeczy, co były na ladzie zrzucił ręką, a towarzyszyły temu wyzwiska w naszym kierunku. Nagle mój chłopak syknął:
- Nie ruszaj się, Bill. Chyba, że chcesz umrzeć. - Zauważyłam w ciemności wyciągniętą różdżkę Hoddera skierowaną w sprzedawcę.
- Nic mi nie zrobisz. Jesteś słabym robakiem, który ten, kto cię przysłał zgniecie butem. A gdy nie dostaniesz tego eliksiru, tak właśnie się stanie. - Głos starca był mocny i potężny, roznosił się po całym sklepie i wydawało się, że po całej Ulicy Śmiertelnego Doktrynu. - Celuj prosto w mą pierś chłopcze.
Gdy Jack wypowiadał niewybaczalne zaklęcie, coś we mnie pękło. Nie wiem co to było, ale czułam jakby niewidzialna siła spływa na mnie tworząc z wystraszonej dziewczyny silną czarownicę. W jednym momencie przystawiłam końcówkę mojej różdżki do gardła Hoddera i powiedziałam:
- Odłóż różdżkę Jack i wróćmy do Hogwartu. Nikomu nic nie powiem.
- Co?! Mam wrócić do Hogwartu? Nie mam po co wracać bez tego eliksiru! Nie rozumiesz?! On mnie zabije. Pomóż mi, Lily! - Pełne żalu oczy Jacka prosiły mnie o pomoc. Miałam ogromne wahania, ale zdecydowanym ruchem różdżki odrzuciłam Jacka do tyłu tak, że wpadł na starą szafę jednocześnie zrzucając z niej dziwne substancje. Starzec był najwyraźniej w amoku, że nie zaczął krzyczeć o zniszczeniu jego sklepu.
Zaklęcie, które wypowiedziałam wyciągnęło ze mnie całą moc. Zachwiałam się niebezpiecznie upadając na zimną posadzkę sklepu. Z oczu płynęły mi łzy, a ból rozrywał moją głowę od środka. Siedziałabym tam wieki, dopóki czyjeś silne ręce mnie podniosły. Ciało odmawiało mi posłuszeństwa, więc skorzystałam z ramienia tejże osoby i z trudem wyszłam ze sklepu. Świeże powietrze od razy mnie ożywiło, a obraz się polepszył. Zauważyłam przed sobą nie kogo innego jak profesora Dumbledore'a.
Otworzyłam powoli oczy, ale musiałam je zamknąć pod wpływem jasnego światła. Ból głowy dalej mi doskwierał, ale czułam się dobrze.
- Dzień dobry Lily. - Miły głos Dumbledore'a dotarł do moich uszu.
- Co się stało dyrektorze? Gdzie jesteśmy? Co z Jackiem? Wszystko w porządku? - Potok pytań bez odpowiedzi nasuwała mi się na myśl.
- Jesteśmy w Hogwarcie, bezpieczni, nic nam nie grozi. Pan Hodder, no cóż, zostanie zawieszony w prawach ucznia oraz spędzi kilka miesięcy u moich znajomych charłaków jako pomoc domowa. Myślę, że to będzie dla niego wystarczającą kara. Widziałem także jakieś dwie osoby stojące przed sklepem, ale gdy tylko mnie zauważyły, szybko uciekły. - Zawiesił na chwilę głos, po czym rzekł - Lily, cieszę się, że tak postąpiłaś. Uratowałaś sporo istnień przez twój akt odwagi. - Spuściłam głowę z zarumienionymi policzkami.
- Dobrze pan wie, że nie zasługuje na pochwałę i nagrodę. Zachowałam się jak jedna z nich. Tak długo czekałam z tym, mogłam wcześniej o tym panu powiedzieć. - Łzy pomału spływały po gorących policzkach. Od pewnego czasu stałam się bardzo nerwowa i silne emocje wywołują u mnie płacz, przez co czuję się jak słaba, nic nieznacząca dziewczyna.
- Prawda, mogłaś. Ale w ostatnim momencie postąpiłaś słusznie i ogromnie się z tego cieszę. - Podniosłam głowę i posłałam delikatny uśmiech w stronę dyrektora. - Ale uważam, że powinnaś odpocząć od szkoły, od tych wszystkich wspomnień - zmarszczyłam brwi na słowa dyrektora. - Proponuję ci wyjazd na kilka miesięcy, tak samo jak u pana Hoddera. Będziesz mogła odpocząć, zregenerować siły, a przede wszystkim przemyśleć pewne sprawy, doskonale wiemy, o jakie sprawy chodzi. Oczywiście, ty jak i pan Hodder będziecie w innych miejscach. Myślę, że wyjdzie to na dobre.
- Zgadzam się, to najlepsze wyjście z tej sytuacji. - Musiałam przyznać, że ten pomysł mi się spodobał. - Czy mogłabym już dzisiaj wyjechać? Jutro wracają wszyscy do Hogwartu, nie chce się z nimi spotkać, nie dam rady spojrzeć im w oczy.
Dyrektor lekko skinął głową, po czym wstałam z fotelu i ruszyłam ku wyjściu z gabinetu. Jak najszybciej dotarłam do mojego dormitorium, spakowałam walizkę i byłam gotowa wkroczyć w nowy etap mojego życia. Obiecuję sobie, że niczego nie zepsuje i już nikt przeze mnie nie będzie cierpiał. Taki jest mój wybór i cokolwiek by się nie działo, nie będę go żałować.
* z łac. perdere - zniszczyć,
nervi cellam - komórka nerwowa.
Eliksir ten powoduje powolne niszczenie komórek nerwowowych, a następnie śmierć. Eliksir wymyślony przeze mnie.
Witajcie w kolejnym rozdziale! Mam nadzieję, że cieszycie się, że Lily spowrotem jest "normalna".
Zapraszam do głosowania, ale przede wszystkim do komentowania :)
wtorek, 7 czerwca 2016
Rozdział 8
W Dolinie Godryka święta zawsze były nadzwyczajne. Gdy zapadał zmrok, we wszystkich oknach paliły się lampiony, a mieszkańcy wychodzili na ulicę, by złożyć sobie życzenia. Słychać wtedy było pełno rozmów, a szczere uśmiechy nie schodziły z twarzy. I starzy, i młodzi zamykali się w gorącym uścisku. Była to okazja, aby się zbliżyć i na chwilę ze sobą porozmawiać. Każda z tamtych osób czuła się bezpiecznie we własnych gronie.
Razem z Syriuszem wyszliśmy jak zawsze na ulicę, jednak nikogo nie było. Wszyscy sąsiedzi siedzieli w domach, a w oknach nie paliły się świece. Zrezygnowani ze spuszczonymi głowami wróciliśmy do domu. W progu stała mama z delikatnym uśmiechem.
- Czemu nikt nie wyszedł mamo? - spytałem się. - To była tradycja w Dolinie. Zawsze sobie składaliśmy życzenia.
- James, wiesz jakie nastąpiły czasy. Każdy obawia się ataku Voldemorta. Pamiętaj, że już nigdzie nie jest bezpiecznie - po tych słowach obróciła się do nas plecami i wróciła do kuchni. Ostatnie zdanie matki towarzyszyło mi przez resztę wieczoru.
Po wyśmienitej kolacji wraz z rodzicami i Syriuszem rozłożyliśmy się na skórzanych kanapach w salonie. Słychać było tylko trzaskanie ognia w kominku. Z Łapą położyliśmy nogi na stół. Oczywiście, moja mama miała już na nas nakrzyczeć, ale ojciec uciszył ją pocałunkiem w policzek. Po kilkunastu minutach rodzice poszli się położyć. Ucieszyłem się, bo od rana nie byłem z Syriuszem sam na sam.
- Kocham święta, Syri.
- A ja myślałem, że Lily Evans - odpowiedział i zaśmiał się donośnym głosem. Mi nie było do śmiechu. Teraz nie wiedziałem, jakie uczucia palam do Lily.
- Ej, co jest Rogacz? Co tak zmarkotniałeś?
Spojrzałem na ciągle uśmiechniętą twarz mojego przyjaciela.
- Nie wiem, czy to wszystko ma sens. Czy ja i Lily mielibyśmy przyszłość. Może to była po prostu jakaś psychiczna chęć bycia przy niej? Może tak ma właśnie być. Jak zauważyłeś, Lily ogromnie się zmieniła. I nic nie wskazuje na to, że do nas powróci. Ona wybrała już swoją drogę i jak ma być szczęśliwa, to niech tak zostanie.
Spojrzałem po raz kolejny raz na Syriusza, który miał szeroko otworzone usta, a na twarzy malowało się niedowierzanie.
- Czy James Potter, mój najlepszy przyjaciel, brat z krwi i kości, najlepszy szukający wszechczasów, jeden z Huncwotów, odkochał się w Lily Evans? Nie żartuj sobie.
- Nigdy się nie odkocham Łapo. Lily jest kobietą mego życia, czuję to tu - pokazałem dłonią na moje serce. - Ale jeśli nie poczuje przy mnie szczęścia, muszę to zaakceptować. I nawet kiedy za kilka lat ożenię się z inną kobietą, to Lily będzie najważniejszą osobą w moim życiu - gdy to mówiłem patrzyłem się na już gasnący ogień w kominku. - Kocham ją i gdy będzie trzeba, oddam za nią życie.
Zapadła grobowa cisza, którą ani ja, ani mój przyjaciel nie przerwał. Czułem jego przeszywający wzrok, ale dzisiaj już wystarczająco powiedziałem. Syriusz wstał, klepnął mnie delikatnie po plecach i poszedł na górę do sypialni. Teraz zostałem sam ze swoimi myślami, które prowadziły między sobą wojnę. Głowa mi pękała od tej emocjonalnej bitwy. Jedynym ratunkiem był kojący sen.
Obudziły mnie odgłosy dochodzące z podwórka. Zaniepokojony, wstałem z kanapy upewniajac się, że mam w kieszeni różdżkę. Szedłem przez ciemny korytarz cały czas słysząc głosy z ogródka. Ostrożnie podszedłem do okna w kuchni. Zauważyłem trzy postacie krążące koło drzwi do domu. Nie zdążę ostrzec Syriusza i rodziców, muszę poradzić sobie sam. Nagle, usłyszałem jak ktoś otworzył drzwi. Już wiedziałem, że weszli do domu i mają złe zamiary. Postawiłem wszystko na jedną kartę i wyskoczyłem z kuchni.
- Odejdźcie z tego domu! - krzyknąłem. Nie mogłem pozwolić na to, by któremuś z moich bliskich coś się stało. Byłem zdolny do oddania za nich życia.
- James, to my! - osoba stojąca najbliższej mnie oświetliła korytarz różdżką. Od razu ją rozpoznałem.
- Dorcas! Chcesz, żebym tak młodo umarł?! Pragnę jeszcze się ożenić i spłodzić syna - odburknąłem - o, widzę, że nie jesteś sama. Zapraszam moich mądrych przyjaciół do środka.
Za Dorcas stał Remus i Peter z przepraszającym wyrazem twarzy. Zaświeciłem światło w salonie, a moi znajomi rozsiedli się na kanapie.
- James, masz rację - zaczął Remus - mogliśmy Cie uprzedzić, że przyjedziemy. Ale to wszystko wina Glizdka! - pokazał oskarżycielsko palcem na chłopaka.
- Zapomniałem wysłać ci sowę. A tak poza tym, były okropne korki. Jechaliśmy mugolskimi autobusami, bo proszek Fiuu mi się skończył, a Błędnym Rycerzem boję się jeździć - dodał cicho Peter.
- Glizdek, nic się nie stało. Ale już tak nie róbcie. Co was do mnie sprowadza? - zapytałem.
- Mamy dla ciebie oraz Syriusza prezenty! - promieniście uśmiechnięta Dorcas wyjęła z plecaka dużą, czarną książkę ze złotym grawerem na przodzie: Dla Jamesa. Podała mi ją do ręki. Czuć było od niej pewną tajemniczość.
- To od nas wszystkich - rzekł Remi. - Żebyś nigdy o nas nie zapomniał.
Otworzyłem księgę, a na pierwszej stronie widniało zdjęcie Huncwotów. Wszyscy czterej śmialiśmy się do kamery, a w naszych oczach było widać szczęście i radość. Na następnych stronach były przeróżne zdjęcia: ja z Dorcas na Błoniach; ja, Syriusz i Peter w jeziorze; ja z Remusem w mugolskich, różowych kurtkach. Tych zdjęć było pełno.
- Dziękuję wam za ten przepiękny album. Na początku myślałem, że to jakaś książka. Dobrze, że się myliłem - po tych słowach wszyscy się roześmiali. Po pewnym czasie moi przyjaciele zasnęli. Jednak ja nie miałem największej ochoty na sen. Otworzyłem album i jeszcze raz oglądałem wszystkie zdjęcia. Przy niektórych łza kręciła się w oku. Te wspomnienia, te wspólne przeżyte chwile. Było tak beztrosko, bezpiecznie. Na ostatniej stronie zauważyłem napis. Rozpoznałem pochyłe pismo Remusa i zacząłem czytać:
Nie wiem, czy to kiedykolwiek przeczytasz. Jeśli tak, to wiedz, że ty, Syriusz, Peter, Dorcas... Lily, jesteście dla mnie najważniejszi. I choćby nie wiem co, nikt i nic tego nie zmieni. Dziękuję, że jesteś.
Ps. Nie wkleiliśmy niektórych zdjęć, uznaliśmy wszyscy razem, że zrobisz z nimi co zechcesz.
Odwróciłem stronę i zobaczyłem beżową kopertę. Drżącym dłońmi ją otworzyłem. W środku było kilkanaście, bardzo ważnych dla mnie zdjęć. Przedstawiały one głównie Lily, raz uśmiechniętą, raz krzyczącą na mnie. Wpatrując się w jej radosną twarz, łzy napłynęły mi do oczu i gorzko zapłakałem z bezradności. Racja, kiedyś te zdjęcia były dla mnie największym skarbem, ale teraz straciłem jakąkolwiek nadzieję na to, że kiedyś Lily zostanie moją dziewczyną. Pęczek zdjęć włożyłem spowrotem do koperty i odłożyłem na miejsce. Lepiej było, gdybym ich nigdy nie znalazł.
Rano obudził mnie zapach smażonych jajek i kakao. Wyprostowałem ręce i ruszyłem do kuchni. Przy garnkach stała moja kochana mama.
- Witaj, mamo. - Musnąłem jej policzek wargami.
- Jak się spało? Zauważyłam, że ktoś cię w nocy odwiedził.
- Przynieśli prezent dla mnie. Miło, że pamiętali.
- Jasne kochanie - odparła Dorea. - Zrobiłam dla was wszystkich śniadanie. Idź ich obudzić.
Wspólny posiłek przyniósł wiele śmiechu i w końcu mogłem oczyścić mój umysł od dręczących myśli. Po wspólnym śniadaniu Remus zasiadł na kanapie i razem z moim ojcem dyskutowali na temat dyskryminacji mugolaków, mugoli i także wilkołaków. Peter i Dorcas grali w karty, a ja zaproponowałem Łapie wyjście na spacer. Idąc przez nieośnieżone ulice czas mijał powoli. Delikatne płatki śniegu opadały na dwie, czarnowłose czupryny. Ciszę przerwało chrząknięcie Syriusza.
- James, to co mówiłeś wczoraj o Lily, była to prawda?
- Jeśli o to czy ją kocham, to tak - odparłem. - Jeśli już o tym mówimy, powiedz mi jak bratu: czy też kogoś kochasz?
Syriusz przystanął i wpatrywał się we mnie czarnymi oczami.
- Nie umiałbym żadnej kobiety tak mocno pokochać jak ty Lily. Myślę, że nie dam żadnej kobiecie szczęścia. Taki jest mój los. Samotny jak pies, zdany na pastwę losu i przyjaciół - spuścił wzrok na dół i zawrócił do domu.
Ja jeszcze długo chodziłem bez celu po Dolinie Godryka wsłuchując się w głuchą ciszę, która wypełniała mój umysł po brzegi uwalniając mnie przy tym od zabójczych myśli o dziewczynie mojego życia, która nigdy mnie nie pokocha. Zapraszam do komentowania... chcę wiedzieć, czy Wam się podoba ;)
Razem z Syriuszem wyszliśmy jak zawsze na ulicę, jednak nikogo nie było. Wszyscy sąsiedzi siedzieli w domach, a w oknach nie paliły się świece. Zrezygnowani ze spuszczonymi głowami wróciliśmy do domu. W progu stała mama z delikatnym uśmiechem.
- Czemu nikt nie wyszedł mamo? - spytałem się. - To była tradycja w Dolinie. Zawsze sobie składaliśmy życzenia.
- James, wiesz jakie nastąpiły czasy. Każdy obawia się ataku Voldemorta. Pamiętaj, że już nigdzie nie jest bezpiecznie - po tych słowach obróciła się do nas plecami i wróciła do kuchni. Ostatnie zdanie matki towarzyszyło mi przez resztę wieczoru.
Po wyśmienitej kolacji wraz z rodzicami i Syriuszem rozłożyliśmy się na skórzanych kanapach w salonie. Słychać było tylko trzaskanie ognia w kominku. Z Łapą położyliśmy nogi na stół. Oczywiście, moja mama miała już na nas nakrzyczeć, ale ojciec uciszył ją pocałunkiem w policzek. Po kilkunastu minutach rodzice poszli się położyć. Ucieszyłem się, bo od rana nie byłem z Syriuszem sam na sam.
- Kocham święta, Syri.
- A ja myślałem, że Lily Evans - odpowiedział i zaśmiał się donośnym głosem. Mi nie było do śmiechu. Teraz nie wiedziałem, jakie uczucia palam do Lily.
- Ej, co jest Rogacz? Co tak zmarkotniałeś?
Spojrzałem na ciągle uśmiechniętą twarz mojego przyjaciela.
- Nie wiem, czy to wszystko ma sens. Czy ja i Lily mielibyśmy przyszłość. Może to była po prostu jakaś psychiczna chęć bycia przy niej? Może tak ma właśnie być. Jak zauważyłeś, Lily ogromnie się zmieniła. I nic nie wskazuje na to, że do nas powróci. Ona wybrała już swoją drogę i jak ma być szczęśliwa, to niech tak zostanie.
Spojrzałem po raz kolejny raz na Syriusza, który miał szeroko otworzone usta, a na twarzy malowało się niedowierzanie.
- Czy James Potter, mój najlepszy przyjaciel, brat z krwi i kości, najlepszy szukający wszechczasów, jeden z Huncwotów, odkochał się w Lily Evans? Nie żartuj sobie.
- Nigdy się nie odkocham Łapo. Lily jest kobietą mego życia, czuję to tu - pokazałem dłonią na moje serce. - Ale jeśli nie poczuje przy mnie szczęścia, muszę to zaakceptować. I nawet kiedy za kilka lat ożenię się z inną kobietą, to Lily będzie najważniejszą osobą w moim życiu - gdy to mówiłem patrzyłem się na już gasnący ogień w kominku. - Kocham ją i gdy będzie trzeba, oddam za nią życie.
Zapadła grobowa cisza, którą ani ja, ani mój przyjaciel nie przerwał. Czułem jego przeszywający wzrok, ale dzisiaj już wystarczająco powiedziałem. Syriusz wstał, klepnął mnie delikatnie po plecach i poszedł na górę do sypialni. Teraz zostałem sam ze swoimi myślami, które prowadziły między sobą wojnę. Głowa mi pękała od tej emocjonalnej bitwy. Jedynym ratunkiem był kojący sen.
Obudziły mnie odgłosy dochodzące z podwórka. Zaniepokojony, wstałem z kanapy upewniajac się, że mam w kieszeni różdżkę. Szedłem przez ciemny korytarz cały czas słysząc głosy z ogródka. Ostrożnie podszedłem do okna w kuchni. Zauważyłem trzy postacie krążące koło drzwi do domu. Nie zdążę ostrzec Syriusza i rodziców, muszę poradzić sobie sam. Nagle, usłyszałem jak ktoś otworzył drzwi. Już wiedziałem, że weszli do domu i mają złe zamiary. Postawiłem wszystko na jedną kartę i wyskoczyłem z kuchni.
- Odejdźcie z tego domu! - krzyknąłem. Nie mogłem pozwolić na to, by któremuś z moich bliskich coś się stało. Byłem zdolny do oddania za nich życia.
- James, to my! - osoba stojąca najbliższej mnie oświetliła korytarz różdżką. Od razu ją rozpoznałem.
- Dorcas! Chcesz, żebym tak młodo umarł?! Pragnę jeszcze się ożenić i spłodzić syna - odburknąłem - o, widzę, że nie jesteś sama. Zapraszam moich mądrych przyjaciół do środka.
Za Dorcas stał Remus i Peter z przepraszającym wyrazem twarzy. Zaświeciłem światło w salonie, a moi znajomi rozsiedli się na kanapie.
- James, masz rację - zaczął Remus - mogliśmy Cie uprzedzić, że przyjedziemy. Ale to wszystko wina Glizdka! - pokazał oskarżycielsko palcem na chłopaka.
- Zapomniałem wysłać ci sowę. A tak poza tym, były okropne korki. Jechaliśmy mugolskimi autobusami, bo proszek Fiuu mi się skończył, a Błędnym Rycerzem boję się jeździć - dodał cicho Peter.
- Glizdek, nic się nie stało. Ale już tak nie róbcie. Co was do mnie sprowadza? - zapytałem.
- Mamy dla ciebie oraz Syriusza prezenty! - promieniście uśmiechnięta Dorcas wyjęła z plecaka dużą, czarną książkę ze złotym grawerem na przodzie: Dla Jamesa. Podała mi ją do ręki. Czuć było od niej pewną tajemniczość.
- To od nas wszystkich - rzekł Remi. - Żebyś nigdy o nas nie zapomniał.
Otworzyłem księgę, a na pierwszej stronie widniało zdjęcie Huncwotów. Wszyscy czterej śmialiśmy się do kamery, a w naszych oczach było widać szczęście i radość. Na następnych stronach były przeróżne zdjęcia: ja z Dorcas na Błoniach; ja, Syriusz i Peter w jeziorze; ja z Remusem w mugolskich, różowych kurtkach. Tych zdjęć było pełno.
- Dziękuję wam za ten przepiękny album. Na początku myślałem, że to jakaś książka. Dobrze, że się myliłem - po tych słowach wszyscy się roześmiali. Po pewnym czasie moi przyjaciele zasnęli. Jednak ja nie miałem największej ochoty na sen. Otworzyłem album i jeszcze raz oglądałem wszystkie zdjęcia. Przy niektórych łza kręciła się w oku. Te wspomnienia, te wspólne przeżyte chwile. Było tak beztrosko, bezpiecznie. Na ostatniej stronie zauważyłem napis. Rozpoznałem pochyłe pismo Remusa i zacząłem czytać:
Nie wiem, czy to kiedykolwiek przeczytasz. Jeśli tak, to wiedz, że ty, Syriusz, Peter, Dorcas... Lily, jesteście dla mnie najważniejszi. I choćby nie wiem co, nikt i nic tego nie zmieni. Dziękuję, że jesteś.
Ps. Nie wkleiliśmy niektórych zdjęć, uznaliśmy wszyscy razem, że zrobisz z nimi co zechcesz.
Odwróciłem stronę i zobaczyłem beżową kopertę. Drżącym dłońmi ją otworzyłem. W środku było kilkanaście, bardzo ważnych dla mnie zdjęć. Przedstawiały one głównie Lily, raz uśmiechniętą, raz krzyczącą na mnie. Wpatrując się w jej radosną twarz, łzy napłynęły mi do oczu i gorzko zapłakałem z bezradności. Racja, kiedyś te zdjęcia były dla mnie największym skarbem, ale teraz straciłem jakąkolwiek nadzieję na to, że kiedyś Lily zostanie moją dziewczyną. Pęczek zdjęć włożyłem spowrotem do koperty i odłożyłem na miejsce. Lepiej było, gdybym ich nigdy nie znalazł.
Rano obudził mnie zapach smażonych jajek i kakao. Wyprostowałem ręce i ruszyłem do kuchni. Przy garnkach stała moja kochana mama.
- Witaj, mamo. - Musnąłem jej policzek wargami.
- Jak się spało? Zauważyłam, że ktoś cię w nocy odwiedził.
- Przynieśli prezent dla mnie. Miło, że pamiętali.
- Jasne kochanie - odparła Dorea. - Zrobiłam dla was wszystkich śniadanie. Idź ich obudzić.
Wspólny posiłek przyniósł wiele śmiechu i w końcu mogłem oczyścić mój umysł od dręczących myśli. Po wspólnym śniadaniu Remus zasiadł na kanapie i razem z moim ojcem dyskutowali na temat dyskryminacji mugolaków, mugoli i także wilkołaków. Peter i Dorcas grali w karty, a ja zaproponowałem Łapie wyjście na spacer. Idąc przez nieośnieżone ulice czas mijał powoli. Delikatne płatki śniegu opadały na dwie, czarnowłose czupryny. Ciszę przerwało chrząknięcie Syriusza.
- James, to co mówiłeś wczoraj o Lily, była to prawda?
- Jeśli o to czy ją kocham, to tak - odparłem. - Jeśli już o tym mówimy, powiedz mi jak bratu: czy też kogoś kochasz?
Syriusz przystanął i wpatrywał się we mnie czarnymi oczami.
- Nie umiałbym żadnej kobiety tak mocno pokochać jak ty Lily. Myślę, że nie dam żadnej kobiecie szczęścia. Taki jest mój los. Samotny jak pies, zdany na pastwę losu i przyjaciół - spuścił wzrok na dół i zawrócił do domu.
Ja jeszcze długo chodziłem bez celu po Dolinie Godryka wsłuchując się w głuchą ciszę, która wypełniała mój umysł po brzegi uwalniając mnie przy tym od zabójczych myśli o dziewczynie mojego życia, która nigdy mnie nie pokocha. Zapraszam do komentowania... chcę wiedzieć, czy Wam się podoba ;)
niedziela, 1 maja 2016
Rozdział 7
Co skłania człowieka do przemyśleń? Zła ocena ze sprawdzianu, nieudany związek, zdrada przyjaciela? Można myśleć o wypracowaniu na następny tydzień; o lecie, a wraz z nim o nadchodzących, upragnionych wakacjach; o pocałunku w opuszczonej sali. Być może, ale ja myślę o czymś zupełnie innym.
Gdy tylko zamknę oczy, widzę siebie w czarnej pelerynie z piekącym znakiem na przedramieniu. Później, obraz zmienia się i widzę Dumbledore'a oraz McGonagall z zawiedzionymi minami. Za nimi stoją moja płacząca matka i Petunia, która patrzy na mnie jeszcze bardziej szyderczym wzrokiem. Po chwili wszystkie te osoby znikają, a pojawiają się moi dawni przyjaciele. Dorcas, która patrzy na mnie z wrogością, Syriusz z kpiącym uśmieszkiem, Peter stoi z założonymi rękami, a Remus ma załzawione oczy. Potem dostrzegam ostatniego osobnika, który wywiera na mnie największe emocje. James stoi przede mną ze wzrokiem, którym nigdy nikt mnie takim nie obdarzył. Jest to spojrzenie pełne smutku, żalu, rozgoryczenia, zawodu. Najgorsze dzieje się potem, gdy Potter spuszcza wzrok na podłogę i odwraca się do mnie plecami, a reszta robi to samo co on. Przebudzam się wtedy zalana zimnym potem ze łzami w oczach. Czy tak ma wyglądać moje życie? Pełne smutku, łez, zawodu z mojej winy?
Wybiła druga w nocy. Słychać tylko przyciszone głosy z Pokoju Wspólnego przerywane moim płytkim oddechem. Od czasu rozmowy z Jackiem cała się trzęsę. Boję się. To, co uważałam za zabawę, stało się rzeczywistością. Ja, Lily Evans, Śmierciożercą. Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Hodder dał mi czas do zastanowienia, ale i tak muszę zadecydować do rana. Dużo czasu mi nie zostało. Chociaż, nie mam za bardzo co do gadania, bo Jack nie wyobraża sobie, że nie będę mu towarzyszyć w Sylwestra na misji, a tym bardziej, że nie przystąpię z nim do Voldemorta. Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Przecież mam dopiero szesnaście lat! Całe życie przede mną! Jak zostanę śmierciożercą to nie będę sobie żyć spokojnie i szczęśliwie. Głównym celem to oddana służba Czarnemu Panu i wykonywanie jego poleceń. Nie będę w stanie kogoś zabić, nigdy. Myślenie o tym było naprawdę okropne i zdecydowałam się przejść. Trudno, że jest już cisza nocna. Założyłam na piżamę szlafrok i po cichu zeszłam do Pokoju Wspólnego. Uczniowie, których głosy słyszałam chyba już poszli do dormitoriów. Byłam teraz sama i na spokojnie mogłam się wpatrywać w palący się ogień w kominku. Po chwili nostalgii wyszłam na korytarz. Drogę oświetlały mi jedynie świeczniki. Mogłam pomóc sobie różdżką, ale została w pokoju. Oprócz przerażającej ciemności panowała rzadko spotykana w Hogwarcie cisza. Nic się w tamtym momencie nie liczyło. Tylko ja i cały mój świat. Spacerowałam już dosyć długo, całkowicie straciłam poczucie czasu. Śpiący zamek sprawiał, że w końcu po wielu miesiącach poczułam się wolna. Nie musiałam już okłamywać nikogo, a przede wszystkim siebie. Siedząc na parapecie jednego z okien poczułam delikatny powiew wiatru. Wraz z nim usłyszałam kroki. Odwróciłam szybko głowę i zobaczyłam osobę, której nigdy bym się nie spodziewała. Pomarszczoną już twarz Dumbledore'a oświecało światło księżyca. Nie uśmiechał się do mnie, tylko wertował smutnym spojrzeniem. Nie wiedziałam za bardzo jak mam się zachować. Od ostatniej naszej rozmowy minęło sporo czasu, a poza tym myślę, że wieść o moim zachowaniu obiło się o uszy dyrektora. Nie wiedząc co mam zrobić, spuściłam głowę i chciałam jak najprędzej stamtąd uciec. Gdy już mijałam Dumbledore'a, odezwał się.
- Piękna noc, nieprawdaż? Widać wszystkie gwiazdy. Można z nich dużo wyczytać - mówił dyrektor podchodząc do okna. - Gdy byłem w twoim wieku bardzo interesowałem się kosmosem. Wszystkie ciała niebieskie kryją w sobie pewną moc, pewną tajemnicę. Ale wiesz co moja droga - zwrócił teraz głowę w moim kierunku - gwiazdy pozostają zawsze takie same. Nie ma siły, żeby coś je zmieniło.
Po tych słowach zapadła cisza. Zdawało się słyszeć pomruki w murach zamku. Historia Dumbledore'a była niezmiernie ciekawa, posłuchałabym jej dalej, ale powoli odwróciłam się i wycofałam. Usłyszałam jedynie donośny szept dyrektora:
- Wierzę w ciebie, Lily Evans.
Po tych słowach łzy same napłynęły mi do oczu. Przyspieszyłam kroku po to, by jak najszybciej dotrzeć do Pokoju Wspólnego. Gdy usiadłam przed kominkiem cichutko zapłakałam w poduszkę. Sama nie wiedziałam, dlaczego ta rozmowa wywarła na mnie takie, a nie inne wrażenie. Od wielu miesięcy nikt ze mną nie rozmawiał o innej rzeczy niż Voldemorcie. Oprócz tego czułam, że Dumbledore przejrzał mnie. On wie, że mam wyrzuty sumienia. Chciałabym się do niego przytulić, poczuć jego dłoń na moich włosach i usłyszeć szept przy uchu, że wszystko będzie dobrze. Tak bardzo tego pragnęłam. Zegar, który właśnie wybijał godzinę piątą, otrząsnął mnie z rozmyśleń. Nie mam za dużo czasu, zaraz po śniadaniu będę rozmawiać z Jackiem. Zamiast poświęcić noc na obmyślenie jakiegoś planu, to ja się włóczyłam po zamku. Na samą myśl o zostaniu śmierciożercą przechodzi mnie dreszcz.
Pora śniadaniowa nadeszła bardzo szybko. Chwiejnym krokiem dotarłam do Sali. Usiadłam przy jednym ze stolików i nalałam sobie wody. Ale nawet to nie przeszło mi przez gardło. Gdy tak siedziałam nad pustym talerzem dosiadł się do mnie najmniej wyczekiwany człowiek.
- Witaj skarbie, jak się spało?
- Bardzo dobrze. - Kłamstwo szybko wyszło z moich ust.
- Widzę, że już nie jesz. Idziemy na spacer? Musimy o czymś porozmawiać. - Miałam już nadzieję, że zapomniał o naszej umowie.
Ociężale wstałam z ławy i ruszyłam za moim chłopakiem. Kierował się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Zeszliśmy do zimnych lochów. Gdy dotykałam murów, przechodziły mnie dreszcze. Bardzo przygnębiające miejsce, jak na sypialnie dla młodych ludzi. W Pokoju Wspólnym nikogo nie było, więc usiedliśmy na zielonych sofach. Z powodu nadchodzącej rozmowy zaczęły pocić mi się ręce, a nogi nie wiedziały, co mają robić. Krępującą ciszę przerwał Jack.
- Kochanie, co się tak eksytujesz? Nie możesz się doczekać misji, co? - powiedział do mnie, po czym położył nogi na stole i założył ręce za głowę. - Chociaż, wiesz co Lily? Stresuje się. Jak nam się nie uda, nie wybaczę sobie do końca życia.
Delikatna twarz Jacka w tej chwili wyrażała radość pomieszaną ze strachem. Chyba on sam nie wiedział, co tak na prawdę czuje. Jest zagubionym, młodym chłopakiem, który nie wie, co ma robić. Voldemort doskonale wie, jak zastraszyć swoich sługów. W głębi duszy wiem, że Hodder jest wrażliwym, uroczym człowiekiem, który trafił w złe miejsce o złym czasie. Nie skrzywdzi żadnej osoby, tylko przed starszymi kolegami udaje bezlitosnego, przyszłego śmierciożercę. Jack jest w zasadzce - nie może się wycofać ze względu bezpieczeństwa swojego i swojej rodziny. Ale czy ja nie jestem w takiej samej sytuacji? Gdy nie pomogę mojemu chłopakowi, może zostać on zabity, tak jamo jak i ja. A ja nie zamierzam umrzeć w tak młodym wieku. Mam całe życie przede mną. I zamierzam przeżyć je najlepiej na świecie.
- Jak się czujesz Lily? No wiesz, przed misją? - Jack spojrzał mi prosto w oczy ze strachem.
- Nigdy lepiej się nie czułam - skłamałam. - Uda nam się, zobaczysz. - Po tych słowach złożyłam delikatny pocałunek na wargach. Wstałam powoli i skierowałam kroki do wyjścia z lochów. Muszę wykorzystać ostatnie dni świąt, ale przede wszystkim ostatnie chwile przed misją.
Gdy tylko zamknę oczy, widzę siebie w czarnej pelerynie z piekącym znakiem na przedramieniu. Później, obraz zmienia się i widzę Dumbledore'a oraz McGonagall z zawiedzionymi minami. Za nimi stoją moja płacząca matka i Petunia, która patrzy na mnie jeszcze bardziej szyderczym wzrokiem. Po chwili wszystkie te osoby znikają, a pojawiają się moi dawni przyjaciele. Dorcas, która patrzy na mnie z wrogością, Syriusz z kpiącym uśmieszkiem, Peter stoi z założonymi rękami, a Remus ma załzawione oczy. Potem dostrzegam ostatniego osobnika, który wywiera na mnie największe emocje. James stoi przede mną ze wzrokiem, którym nigdy nikt mnie takim nie obdarzył. Jest to spojrzenie pełne smutku, żalu, rozgoryczenia, zawodu. Najgorsze dzieje się potem, gdy Potter spuszcza wzrok na podłogę i odwraca się do mnie plecami, a reszta robi to samo co on. Przebudzam się wtedy zalana zimnym potem ze łzami w oczach. Czy tak ma wyglądać moje życie? Pełne smutku, łez, zawodu z mojej winy?
Wybiła druga w nocy. Słychać tylko przyciszone głosy z Pokoju Wspólnego przerywane moim płytkim oddechem. Od czasu rozmowy z Jackiem cała się trzęsę. Boję się. To, co uważałam za zabawę, stało się rzeczywistością. Ja, Lily Evans, Śmierciożercą. Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Hodder dał mi czas do zastanowienia, ale i tak muszę zadecydować do rana. Dużo czasu mi nie zostało. Chociaż, nie mam za bardzo co do gadania, bo Jack nie wyobraża sobie, że nie będę mu towarzyszyć w Sylwestra na misji, a tym bardziej, że nie przystąpię z nim do Voldemorta. Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Przecież mam dopiero szesnaście lat! Całe życie przede mną! Jak zostanę śmierciożercą to nie będę sobie żyć spokojnie i szczęśliwie. Głównym celem to oddana służba Czarnemu Panu i wykonywanie jego poleceń. Nie będę w stanie kogoś zabić, nigdy. Myślenie o tym było naprawdę okropne i zdecydowałam się przejść. Trudno, że jest już cisza nocna. Założyłam na piżamę szlafrok i po cichu zeszłam do Pokoju Wspólnego. Uczniowie, których głosy słyszałam chyba już poszli do dormitoriów. Byłam teraz sama i na spokojnie mogłam się wpatrywać w palący się ogień w kominku. Po chwili nostalgii wyszłam na korytarz. Drogę oświetlały mi jedynie świeczniki. Mogłam pomóc sobie różdżką, ale została w pokoju. Oprócz przerażającej ciemności panowała rzadko spotykana w Hogwarcie cisza. Nic się w tamtym momencie nie liczyło. Tylko ja i cały mój świat. Spacerowałam już dosyć długo, całkowicie straciłam poczucie czasu. Śpiący zamek sprawiał, że w końcu po wielu miesiącach poczułam się wolna. Nie musiałam już okłamywać nikogo, a przede wszystkim siebie. Siedząc na parapecie jednego z okien poczułam delikatny powiew wiatru. Wraz z nim usłyszałam kroki. Odwróciłam szybko głowę i zobaczyłam osobę, której nigdy bym się nie spodziewała. Pomarszczoną już twarz Dumbledore'a oświecało światło księżyca. Nie uśmiechał się do mnie, tylko wertował smutnym spojrzeniem. Nie wiedziałam za bardzo jak mam się zachować. Od ostatniej naszej rozmowy minęło sporo czasu, a poza tym myślę, że wieść o moim zachowaniu obiło się o uszy dyrektora. Nie wiedząc co mam zrobić, spuściłam głowę i chciałam jak najprędzej stamtąd uciec. Gdy już mijałam Dumbledore'a, odezwał się.
- Piękna noc, nieprawdaż? Widać wszystkie gwiazdy. Można z nich dużo wyczytać - mówił dyrektor podchodząc do okna. - Gdy byłem w twoim wieku bardzo interesowałem się kosmosem. Wszystkie ciała niebieskie kryją w sobie pewną moc, pewną tajemnicę. Ale wiesz co moja droga - zwrócił teraz głowę w moim kierunku - gwiazdy pozostają zawsze takie same. Nie ma siły, żeby coś je zmieniło.
Po tych słowach zapadła cisza. Zdawało się słyszeć pomruki w murach zamku. Historia Dumbledore'a była niezmiernie ciekawa, posłuchałabym jej dalej, ale powoli odwróciłam się i wycofałam. Usłyszałam jedynie donośny szept dyrektora:
- Wierzę w ciebie, Lily Evans.
Po tych słowach łzy same napłynęły mi do oczu. Przyspieszyłam kroku po to, by jak najszybciej dotrzeć do Pokoju Wspólnego. Gdy usiadłam przed kominkiem cichutko zapłakałam w poduszkę. Sama nie wiedziałam, dlaczego ta rozmowa wywarła na mnie takie, a nie inne wrażenie. Od wielu miesięcy nikt ze mną nie rozmawiał o innej rzeczy niż Voldemorcie. Oprócz tego czułam, że Dumbledore przejrzał mnie. On wie, że mam wyrzuty sumienia. Chciałabym się do niego przytulić, poczuć jego dłoń na moich włosach i usłyszeć szept przy uchu, że wszystko będzie dobrze. Tak bardzo tego pragnęłam. Zegar, który właśnie wybijał godzinę piątą, otrząsnął mnie z rozmyśleń. Nie mam za dużo czasu, zaraz po śniadaniu będę rozmawiać z Jackiem. Zamiast poświęcić noc na obmyślenie jakiegoś planu, to ja się włóczyłam po zamku. Na samą myśl o zostaniu śmierciożercą przechodzi mnie dreszcz.
Pora śniadaniowa nadeszła bardzo szybko. Chwiejnym krokiem dotarłam do Sali. Usiadłam przy jednym ze stolików i nalałam sobie wody. Ale nawet to nie przeszło mi przez gardło. Gdy tak siedziałam nad pustym talerzem dosiadł się do mnie najmniej wyczekiwany człowiek.
- Witaj skarbie, jak się spało?
- Bardzo dobrze. - Kłamstwo szybko wyszło z moich ust.
- Widzę, że już nie jesz. Idziemy na spacer? Musimy o czymś porozmawiać. - Miałam już nadzieję, że zapomniał o naszej umowie.
Ociężale wstałam z ławy i ruszyłam za moim chłopakiem. Kierował się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Zeszliśmy do zimnych lochów. Gdy dotykałam murów, przechodziły mnie dreszcze. Bardzo przygnębiające miejsce, jak na sypialnie dla młodych ludzi. W Pokoju Wspólnym nikogo nie było, więc usiedliśmy na zielonych sofach. Z powodu nadchodzącej rozmowy zaczęły pocić mi się ręce, a nogi nie wiedziały, co mają robić. Krępującą ciszę przerwał Jack.
- Kochanie, co się tak eksytujesz? Nie możesz się doczekać misji, co? - powiedział do mnie, po czym położył nogi na stole i założył ręce za głowę. - Chociaż, wiesz co Lily? Stresuje się. Jak nam się nie uda, nie wybaczę sobie do końca życia.
Delikatna twarz Jacka w tej chwili wyrażała radość pomieszaną ze strachem. Chyba on sam nie wiedział, co tak na prawdę czuje. Jest zagubionym, młodym chłopakiem, który nie wie, co ma robić. Voldemort doskonale wie, jak zastraszyć swoich sługów. W głębi duszy wiem, że Hodder jest wrażliwym, uroczym człowiekiem, który trafił w złe miejsce o złym czasie. Nie skrzywdzi żadnej osoby, tylko przed starszymi kolegami udaje bezlitosnego, przyszłego śmierciożercę. Jack jest w zasadzce - nie może się wycofać ze względu bezpieczeństwa swojego i swojej rodziny. Ale czy ja nie jestem w takiej samej sytuacji? Gdy nie pomogę mojemu chłopakowi, może zostać on zabity, tak jamo jak i ja. A ja nie zamierzam umrzeć w tak młodym wieku. Mam całe życie przede mną. I zamierzam przeżyć je najlepiej na świecie.
- Jak się czujesz Lily? No wiesz, przed misją? - Jack spojrzał mi prosto w oczy ze strachem.
- Nigdy lepiej się nie czułam - skłamałam. - Uda nam się, zobaczysz. - Po tych słowach złożyłam delikatny pocałunek na wargach. Wstałam powoli i skierowałam kroki do wyjścia z lochów. Muszę wykorzystać ostatnie dni świąt, ale przede wszystkim ostatnie chwile przed misją.
piątek, 8 kwietnia 2016
Rozdział 6
Święta Bożego Narodzenia nadchodziły wielkimi krokami. Razem z nimi świąteczne przygotowania. Wielka Sala była udekorowana kolorowymi łańcuchami oraz bombkami. Z sufitu padał wyglądający na prawdziwy śnieg, ale gdy wyciągało się język po biały płatek, nie czuło się miłego uczucia chłodu. Obok stołu grona pedagogicznego stały cztery, wielkie, zielone choinki. Każda z nich była ustrojona w kolorach czterech domów. Wszystkie duchy krążące po Hogwarcie śpiewały pod nosem kolędy. Jednym słowem - było cudownie. Zawsze o takich świętach marzyłam.
W szkole zostało może z trzydzieści osób i kilku nauczycieli. Wielkie stoły zmieniono na pięć okrągłych stolików, które uroczo wyglądały na wielkiej sali. Nie mogłam się doczekać potraw, jakie przyrządza skrzaty domowe. Na zwykłe dni szkolne gotują takie przysmaki, że ciężko tutaj w Hogwarcie być na jakiejś diecie. Huncwoci oraz Dorcas wyjechali na święta do swoich domów. Tylko Dorcas... Jej rodzice... Ciekawość mnie zżera, gdzie się podziała, ale znając chłopaków to na pewno ją zaprosili do siebie. Tacy przyjaciele to skarb.
Odkąd pamiętam w moim domu święta były okazją, aby usiąść razem przy stole i po prostu ze sobą porozmawiać. Na co dzień nie było na takie rzeczy czasu. Przy stole zawsze siedziałam ja, Petunia oraz mama. Świąt z tatą nie pamiętam w ogóle. Odkąd zaczęłam się uczyć w Hogwarcie, moja siostra nie chciała siedzieć przy jednym stole z dziwolągiem. Rozmowa z mamą do późna też była na swój sposób urocza, ale rok temu wieczór się ciągnął, a najgorsze było to, jak mama mnie namawiała na studia medyczne na uczelni mugolskiej. Dalej wierzy, że moje życie będzie wyglądało jak jej... Jak ja jej mam wytłumaczyć, że ja należę do magicznego świata?
***
Święta Bożego Narodzenia zawsze spędzałem w domu, z rodziną. W tym roku także z Łapcią. W końcu odważył się i uciekł od tej chorej rodziny. Nie rozumiem, co komu przeszkadzają mugole? A mugolaki? To są tacy sami czarodzieje, jak my. Dobrze, że Syriusz jest normalny. Remus spędza czas świąteczny ze swoją rodziną. Peter do swojego domu zaprosił Dorcas. Chciała zostać w zamku, ale nie chcieliśmy na to pozwolić.
Moja mama zawsze robi kolację wigilijną sama, bez pomocy skrzatów. To mnie zawsze zachwycało, że już niemłoda kobieta tak dobrze radzi sobie ze wszystkim. Na następny rok chce zostać na święta w Hogwarcie, w końcu to już będzie mój ostatni rok nauki. Gdy o tym pomyślę, ogarnia mnie smutek. Tyle wspomnień, tyle znajomych trzeba zostawić i ruszyć w świat z głową pełną marzeń. Chociaż to nie jest najgorsze. Czeka nas najważniejsza decyzja w życiu. Trzeba będzie zdecydować, co chcemy robić w przyszłości. Ja już podjąłem decyzję. Pragnę zostać aurorem. Gdyby to się nie udało, to chciałbym pracować jako magomedyk. Czuję, że moje powołanie to pomagać ludziom - i czarodziejom, i mugolom. Pragnę także założyć rodzinę, dużą rodzinę. Marzę o trójce dzieci i kochającej żonie u mego boku. Chciałbym, żeby to była Lily, ale... No właśnie Lily. Przez te kilka miesięcy zmieniła się do nie poznania. Nie uczy się, wagaruje, wyzywa innych uczniów, prowadzi się z podejrzanymi Ślizgonami. Gdyby pozwoliła mi się do niej zbliżyć, pokazałbym jej, że zmieniłem się, wydoroślałem. Chcę, żeby mnie pokochała tak, jak ja ją pokochałem. Jednak, gdyby to się nie udało, pogodzę się z tym. Nie chcę jej zmuszać do miłości. Najważniejsze jest dla mnie jej szczęście. Nawet gdyby dawał jej to inny mężczyzna niż ja. Po chwili usłyszałem, jak ktoś otwiera drzwi do mojego pokoju.
- Rogacz, mama chce pomocy w kuchni. Nie umie biedna czegoś tam otworzyć. Prosi, żebyś zszedł na dół. - Od ucieczki Łapy z domu mój przyjaciel nazywa moja rodzicielkę mamą. Bardzo miłe uczucie, czuję się, jakbym miał naprawdę brata.
- Jasne, już idę.
Schodziliśmy po drewnianych schodach co dwa progi słysząc trzask pod stopami. Na ścianach wisiały portrety moich dziadków, wujków, babek i wielu innych członków rodziny Potterów. W całym domu pachniały hortensje - ulubione kwiaty mamy. Bardzo piękne i niespotykane. Cała posesja była gustownie ustrojona i urządzona. W przyszłości będą tu mieszkać następne pokolenia Potterów. Będą stąpali po tych samych deskach co ja w tej chwili. Niesamowite. Weszliśmy z Syriuszem do kuchni i poczuliśmy niezwykłe zapachy potraw świątecznych. Przy stole moja mama dekorowała pierniki, a ojciec czytał gazetę. Co chwilę spoglądał on na swoją żonę z czułością i miłością. Tak właśnie wyobrażam sobie moje życie: pełne miłości, ciepła, radości i bezpieczeństwa. Tak będą żyć przyszłe generacje Potterów. Długo nie czekając, podeszliśmy z Syriuszem do pierników i zaczęliśmy je kosztować. W końcu oprócz spędzeniu czasu z rodziną, święta są po to, aby dobrze się najeść.
***
Po wspaniałej kolacji wigilijnej poszłam razem z Jackiem do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Siedziałam razem przy stole z Lucjuszem Malfoy'em, Narcyzą Black oraz jej siostrą Bellą. Było jeszcze kilku innych uczniów, ale nie kojarzę ich z nazwiska. Oczywiście, najważniejszy temat to Czarny Pan i służba jemu.
- Voldemort, jak to pięknie brzmi - wysyczała Bellatriks.
- Zamknij się, głupia. Nie wypowiadaj imienia Pana, tylko najwierniejsi słudzy mogą w ten sposób do niego mówić. Wkrótce, tym kimś będę ja!
- Malfoy, serio w to wierzysz? Jesteś najbardziej tchórzliwym pacanem jakiego w życiu widziałam. Cyziu, średni kandydat na męża. - Po tych słowach czarnowłosa obróciła się na pięcie i poszła do swojego dormitorium. Natomiast jej siostra zaczerwieniła się i pobiegła za siostrą.
- Chcesz stąd iść? - szepnął do mnie Jack.
- Jasne, strasznie tu u was nudno.
Po krótkiej wymianie zdań wstaliśmy ze skórowych kanap i wyszliśmy z lochów.
- Gdzie idziemy?
- Mam dla ciebie niespodziankę kochanie.
Jack chwycił mnie mocna za dłoń i szliśmy kilka minut w milczeniu. Po paru minutach mój chłopak okrył mnie swoją bluzą, z czego wywnioskowałam, że idziemy na Błonia. Hogwart zimą jest przepiękny. Chyba cudowniejszy niż latem. Gdy wyszliśmy z zamku, poczułam na policzkach chłodny podmuch grudniowego wiatru. Płatki śniegu leciały z nieba i zatrzymywały się na moich rudych włosach. Jezioro pokrywała grubą warstwa lodu. Aż chciałoby się wyczarować łyżwy i pojeździć. Byłoby cudownie. Jack cały czas trzymając mą dłoń delikatnie obrócił mnie w jego stronę.
- Lily, wiesz, że traktuje cię bardzo poważnie. Zależy mi na tobie. Ufam ci bezgranicznie, pomimo, że nie znamy się za długo. Dlatego chcę ci się z czegoś zwierzyć. Jest to sprawą bardzo poważna - szczerze, to przeraziłam się stanowczego i poważnego głosu Jacka, widać było, że zwierzenie się było dla niego trudne.
- Jak dobrze wiesz, w tym roku kończę Hogwart. Jak myślisz, co zamierzam robić? - wytężyłam umysł i starałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek Jack mi o tym mówił.
- Jak dobrze wiesz, w tym roku kończę Hogwart. Jak myślisz, co zamierzam robić? - wytężyłam umysł i starałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek Jack mi o tym mówił.
- Szczerze, to nie wiem. Może coś z Ministerstwem?
- Hahaha, dobry żart głuptasie. Strzelaj dalej. - Auror na bank odpada, a na nauczyciela nie ma nerwów.
- Jack, naprawdę nie mam pojęcia.
Twarz Hoddera z pogodnej zmieniła się na przebiegłą. Na jego ustach można było dostrzec szyderczy uśmiech.
- Lily, od razu po szkole wstępuje w szeregi Czarnego Pana. - W jednej chwili zrobiło mi się duszno. Taki młody chłopak chce zostać mordercą?
- Ostatnio miałem okazję spotkać się z Panem. Polecił mi misję. Muszę ją wykonać w Sylwestra. Nie mam za dużo czasu. Oprócz misji, rozmawialiśmy o tobie. - O mnie? O zwykłej szlamie? - Czarny Pan pozwolił mi wziąć ciebie oraz kilku zaufanych uczniów z mojego roku na misję. Oprócz tego, zgodził się na wspaniałą rzecz. - O co mu może chodzić? - Lily, możesz ze mną wstąpić w szeregi Pana. Jako szesnastolatka. Jest to ogromne wyróżnienie dla ciebie. Jedynym warunkiem jest oczywiście powodzenie misji i bezwzględne poświęcenie Voldemortowi. Zgadzasz się, prawda? Będziesz mi towarzyszć w Nowy Rok? - Po tych słowach jeszcze bardziej zrobiło mi się gorąco, poczułam zimny pot na skórze, a przed oczami hipogryfy zatańczyły mi walca. Czy ja właśnie mam szansę na zostanie Śmierciożercą?
***
- Panie, mam bardzo ważną informacje. Proszę mnie wysłuchać.
- Mów, tylko szybko. - Zimny głos dotarł do moich uszu. Pod wpływem tego tonu mimowolnie zadrżałem.
- Mam świetnego kandydata na śmierciożerce. Jest to dziewczyna, rok młodsza ode mnie i uczy się w Hogwarcie. Jej tata i babcia zostali zabici przez aurorów. Nie zawaha się pomścić śmierci jej bliskich. Może być bardzo przydatna.
- To ja będę decydować, kto do mnie dołączy. - Czarny Pan wydawał się być bardzo zdenerwowanym. - Kim była jej babcia i tata, skoro aurorzy ich zabili?
- Katherine Brunel, Panie. Tata był mugolem.
Źrenice Voldemorta jeszcze bardziej się zwęziły. Zauważyłem pulsującą żyłkę na jego bladym czole. Po chwili milczenia rzekł:
- Katherine. Katherine Brunel. Doskonale ją znałem. Babcia twojej koleżanki była dla mnie jak matka, której nie miałem. Od czasów szkolnych bardzo mnie wspierała. Uwielbiała czarną magię. To jej pomysłem było stworzenie grupy osób, które będą mi służyć. Od początku widziała we mnie potężnego czarodzieja. Była pierwszym moim sługą, najlepszą ze wszystkich, drugą moja ręką. Do momentu, aż zakochała się w mugolu. Później szybko zaszła w ciążę, urodziła zdrowego synka - ojca twojej koleżanki. - Po tych słowach ciężko dyszał. - Młody mój chłopcze, masz rację co do tej dziewczyny. Przyda się. Razem z tobą może przystąpić do ceremonii przydziału. Możesz odejść.
Z opuszczoną nisko głową wyszedłem z pomieszczenia. Duma i radość mnie rozpierały. Voldemort już mnie docenił, a jeszcze nie zostałem Śmierciożercą. Wszystko dzięki Evans.
Jeśli tu jesteś, daj komentarz z Twoją opinią ;)
czwartek, 17 marca 2016
Rozdział 5
Niemożliwe! Lily?! Moja przyjaciółka? Gdy to zobaczyłem, przestałem jeść tego nieszczęsnego rogalika i wpatrywałem się w nią. I na osobnika, który szedł obok niej. I nie szedł normalnie, jak kolega. On ją trzymał za rękę. Tak jak para. Zerknąłem na moich przyjaciół - mieli otwarte oczy oraz usta i chyba nie wiedzieli jak na taki widok zareagować. Po wejściu do Wielkiej Sali Lily zamiast usiąść przy naszym gryfońskim stole, usiadła obok swojego nowego przyjaciela. Jak się okazało - Ślizgona. Teraz to Dorcas była naprawdę przerażona. Wyglądała, jakby miała zaraz się rozpłakać.
- Peter, coś mam chyba z oczami. Przed chwilą właśnie widziałam, jak Lily wchodzi do Sali z jakimś chłopakiem i siada przy stole Ślizgonów. Mam jakieś omamy czy co? Pomóż mi - jęknęła w moją stronę wachlując dłońmi przed oczami próbując zatrzymać napływające łzy.
- Wzrok masz niestety dobry - westchnąłem.
- Ale co ona robi?! Zadaje się ze Ślizgonem? - Syriusz był okropnie zdenerwowany, ciskał wokół siebie piorunami jak chmura burzowa. - Idę do niej i powiem jej, co o tym myślę!
- Nie! - przerwałem - ja pójdę, ty Łapo, lepiej usiądź i się uspokój.
Wstałem od stołu i przemierzałem drogę do stołu Ślizgonów i gdy byłem już blisko, usłyszałem dobrze znany mi głos.
- Tak, jestem Gryfonką, ale się nią nie czuję. Jestem zwolenniczką Voldemorta. - Zatkało mnie. W moment się zatrzymałem i podsłuchiwałem. Na szczęście uczniowie Domu Węża byli tak zaciekawieni Rudą, że mnie nie zauważyli.
- A ci twoi przyjaciele z roku? Nie mają nic przeciwko temu? - Jakiś uczeń się jej spytał.
- Nie mam przyjaciół. Miałam, ale w tej chwili ich nienawidzę, za to, że nie popierają Czarnego Pana.
Tyle mi wystarczyło usłyszeć, żeby stwierdzić, że niestety straciliśmy Lily. Obróciłem się na pięcie i szybko wróciłem do moich przyjaciół. Nie zdawali sobie sprawy, co mam im do przekazania.
***
Długie, rudawe włosy delikatnie opadały na jej ramiona. Oczy zimne i bez wyrazu. Usta rzadko uśmiechnięte. Nie wyglądała jak Lily, którą poznałem. Wydawała się jeszcze bardziej niedostępna nie tylko dla mnie, ale i dla wszystkich moich przyjaciół. Jednak muszę przyznać, że świetnie wygląda w rozpuszczonych włosach, ale związane włosy dodawały jej inteligencji. Smętnie wpatrywałem się w Lily, ale oczywiście mój najlepszy przyjaciel musiał mi przerwać.
- James, nie patrz tak się na nią. Słyszałeś co Glizduś powiedział. Ona chyba chce przejść na tą złą stronę. Nie odzyskamy jej rozumiesz? Od kilku miesięcy słowem się nie odezwała.
Tak, Syriusz ma rację. Ale jako jej przyjaciele mamy obowiązek wierzyć w jej nawrócenie.
- Posłuchajcie mnie uważnie - mówiłem teraz do każdego mojego przyjaciela siedzącego ze mną przy stole. - Nie poddawajcie się. Ja wierzę, że Lily wróci. Coś się stało, że tak diametralnie zmieniła swoje poglądy. Nie wiemy co to, ale nie można tracić nadziei. - Zrobiłem moment przerwy, ponieważ to, co mi się nasunęło na myśl było dla mnie bardzo osobiste. - Kocham ją. Szczerze i prawdziwie. - Teraz każdy patrzył się na mnie z niedowierzaniem. James Potter kogoś kocha? I to prawdziwie? Dziwne, ale to uczucie od dawna we mnie drzemało. - Wy także lubicie tę rudą złośnicę.
- No ale co mamy zrobić James? - zapytała się Dorcas drżącym głosem.
- Czekać. Czekać, aż wróci. - Po tych słowach wstałem i ruszyłem wprost na Błonia. Musiałem odpocząć od tego wszystkiego i zastanowić się nad pewnymi sprawami. Udaje twardziela przed przyjaciółmi, ale w głębi serca czuję pustkę. Boli mnie zachowanie Lilki. Nie obchodzi mnie jej pochodzenie, nie obchodzi mnie, że bardzo lubi się uczyć. Akceptuję ją taką, jaka jest. Wesoła, uśmiechnięta, zawsze związane włosy, starannie wyprasowana szata. To była Lily, jaką znam i w jakiej się zakochałem. Tak, James Potter się zakochał. Czułem, że to nie jest żadne zauroczenie. Pragnąłem cały dzień patrzeć jak odrabia prace domowe, jak krzyczy na młodszych uczniów i na mnie, jak błyskawicznie podnosi rękę do góry, gdy zna odpowiedź na pytanie nauczyciela. Uwielbiałem ją dosłownie za wszystko. Ale teraz... Lily się ode mnie odsunęła. Myśląc o niej, nawet nie zorientowałem się, kiedy do oczu napłynęły mi łzy. Nie mogłem ich powstrzymać i po chwili kilka gorących kropel spadło na moją szatę. Gorzko zapłakałem. Po chwili poczułem mocny uścisk na moim ramieniu.
- Jamesie Potterze - ciepły, delikatny głos Syriusza obił się o moje uszy - pamiętaj, że zawsze będę przy tobie. Cokolwiek by się działo, możesz na mnie polegać. Jestem twoim przyjacielem.
- Ja ją kocham. Rozumiesz? - Teraz z żałością wpatrywałem się w ciemne oczy Łapy. - Tak na poważnie.
- Wkopałeś się. Ale będę cię wspierał.
- Dzięki, stary. Powiedz mi jedno: mam u niej szansę?
- Myślę, że tak. Dorosłeś James. Brakuje mi trochę rozbrykanego kumpla, ale rozumiem, że to wszystko dla Lily. - Na jego ustach widniał delikatny uśmiech.
- Zostawisz mnie samego? - spytałem, po czym bez słowa Łapa wstał i odszedł. Teraz, jeszcze raz musiałem sobie wszystko przemyśleć i zastanowić się, jak zdobyć Lilkę. A to łatwe nie będzie.
***
Ale ona była piękna. Miałem szczęście, że wtedy na nią wpadłem. Lily Evans moją dziewczyną. Wyprzedziłem tego durnia Pottera. Miałem ogromną satysfakcję, że ten pożal się Boże najwspanialszy chłopak w szkole nie miał Evans. Szczerze, to nie traktowałem jej poważnie. Była zwykłą, niewyróżniającą się niczym dziewczyną. Na początku roku mam zostać śmierciożercą. Lily cały czas mówi, że też nim chce zostać, więc nie widzę przeszkód, żeby razem ze mną dołączyła do Voldemorta. Ale najpierw, musi przejść test zaufania. I już mam pomysł, co będzie musiała zrobić.
***
Po obiedzie poszłam z Jackiem nad jezioro. Musiałam się grubo ubrać, bo czuć już było grudniowe zimno. Lubiłam spędzać czas z moim nowym chłopakiem. Gdy przebywałam z nim sam na sam był zupełnie innym człowiekiem niż wtedy, gdy był w towarzystwie kolegów. Ostatnio coś często wspomina przy mnie o śmierciożercach, o ich pracy, o służbie Czarnemu Panu. Zaczyna mnie to odrobinę denerwować, bo nie rozmawiamy o niczym innym jak o Voldemorcie. Od jakiś dwóch tygodni temat Czarnego Pana już tak bardzo mnie nie interesuje. Leżąc w nocy w łóżku dużo o tym myślę i mogę przyznać, że nie chcę go popierać. Teraz doszłam do wniosku, że absurdem jest tępienie czarodziei półkrwi, mugolaków, mugoli. Nie podoba mi się to. Nie rozumiem tej nienawiści. Człowiek to człowiek. Ale jak mam się przyznać Jackowi, że chyba nie widzę przyszłości jako poplecznik Voldemorta? A to nic w porównaniu z wyrzutami sumienia, które krążą po mojej głowie. Teraz dociera do mnie, jak potraktowałam moich przyjaciół. Właściwie to byłych przyjaciół. Ile ja złych, okrutnych rzeczy wypowiedziałam w ich stronę. Ile razy odwracałam się tyłem, kiedy szli do mnie. Ile złych spojrzeń skierowałam w ich kierunku. Nie mam nadziei, że oni chcą mieć ze mną cokolwiek wspólnego. Ale nie dziwie im się. Niestety to moja wina, straciłam najwspanialszych przyjaciół, jakich mogłam sobie wyobrazić. Zawsze mnie wspierali, a ja? Wyparłam się, bo dawno temu moi bliscy niestety zginęli. A to nigdy nie była wina moich dawnych przyjaciół. Moje przemyślenia przerwał zaciekawiony głos Jacka:
- Kochanie, o czym tak myślisz?
Nie chciałam wyjawiać mu moich myśli, nie mogłam.
- O Czarnym Panu, jestem ciekawa jak to jest spotkać się z nim oko w oko.
- Już niedługo - szepnął, ale ja to doskonale usłyszałam. - Zmieniając temat, zostajesz na święta w zamku?
- Chyba tak, ostatnio mam złe kontakty z mamą, nie mówię już o siostrze. A co? - zapytałam z lekką nutka zaciekawienia.
- Będziemy w święta robić mały wyskok do Hogsmeade z chłopakami, musimy coś załatwić i chciałem, żebyś poszła z nami. Co ty na to?
Rozważałam przez chwilę tą propozycję. O jaką sprawę mogło chodzić, i co miał na myśli Jack ze spotkaniem z Voldemortem? Ciekawość była silniejsza i po chwili zgodziłam się.
Po wspólnie spędzonym czasie wróciliśmy do zamku i poszliśmy do swoich dormitoriów. Szybko weszłam do mojego pokoju z nadzieją długiej, gorącej kąpieli. Zastałam w nim siedzącą Dorcas, która była zapłakana. Nie wiedziałam co miałam w tej chwili zrobić. Nie mam pojęcia, czy nadal mnie lubi czy już mnie znienawidziła. Delikatnie usiadłam obok niej z zamiarem przytulenia, ale Dorcas jakby czytała mojej w głowie.
- Co ty robisz Evans? Na czułości ci się wzięło? Przez ostatnie dwa miesiące unikałaś mnie oraz Huncwotów albo nas wyzywałaś. Nagle obchodzi cie mój los?!
- Ja... Nie wiem co ci powiedzieć... Bardzo mi przykro... Ale ty płaczesz i chce cie pocieszyć w jakiś sposób - powiedziałam łamiącym się głosem.
- Ty?! Pocieszyć?! Nawet nie wiesz dlaczego płacze! Ale powiem ci. Twoi kochani koledzy śmierciożercy torturowali i zabili moich rodziców! Chcieli coś od nich wyciągnąć, ale oni nic im nie zdradzili! Jestem dumna, że mogę być ich córką! Zginęli jak bohaterowie! A twoi kumple są tchórzami i możesz przekazać Voldemortowi, że nie spocznę, póki go nie zabije. - Po tych słowach wbiegła do łazienki i się zamknęła. Ja w tym momencie zrozumiałam, co ja najlepszego zrobiłam. Zmieniłam się na pozbawionego uczuć człowieka. Chciałam dołączyć do Voldemorta. Do człowieka, który zabił tylu ludzi. Rozmowa z Dorcas w końcu mi uświadomiła, co ja wyprawiałam. Straciłam moją najlepszą przyjaciółkę i nie tylko. Pogubiłam się. Zapomniałam, kim naprawdę jestem. W tym momencie przypominały mi się słowa Dumbledore'a: Lily, nie zapominaj kim naprawdę jesteś i podążaj tą właściwą drogą. Wybieraj ludzi, którzy nigdy cię nie opuszczą i nie zdradzą. Wtedy, niezrozumiane, teraz, nabrały większego sensu. Ale nie miałam już wyjścia, moi przyjaciele nigdy mi tego nie wybaczą. Nie mogę powiedzieć o zmianie zdania Jackowi, bo nieźle by się wkurzył. Nie pozostało mi nic innego jak iść tą drogą, którą sobie wybrałam. Bez Dumbledora, moich przyjaciół.
Jeśli tu jesteś, zostaw pod spodem komentarz ;) bardzo pomoga ;) z góry dziękuję ;3
Subskrybuj:
Posty (Atom)